30 lipiec | Dojrzałe bieganie?

Kołysanka na dobranoc, Little Bird by Eels.
„Chcesz biegać, być aktywnym, jeździć na zawody tu i tam…Bieg 7 Dolin, poprawiać wyniki. Z mojego punktu widzenia, a mam 32 lata i moje kolano było 2 razy w remoncie i już nie jest i nigdy nie będzie takie samo…tzn. ja już nigdy nie będę taki sam, wygląda to trochę inaczej. Boję się użyć słowa dojrzalej. Szanuję swoje zdrowie,bo wiem,że z biegiem czasu będzie gorzej utrzymać poziom a też chcę kiedyś przebiec 100K bo akurat mam parcie na dystans, nie na czas. Więc z roku na rok moje bieganie staje się dojrzalsze. Wszelkie strzykania, pukania, sygnały płynące z organizmu traktuje jako motywacje i coraz więcej radości dają mi ćwiczenia stability core, coraz bardziej cieszę się, że żeby biegać nie trzeba tylko biegać. Ćwiczenia ze sztangą, ćwiczenia na poduszkach stabilizujących, rower, rolki czasami jakieś wspinanie. Nawet kąpiel w soli iwonickiej a potem długie rozciąganie sprawia mi przyjemność, szczególnie dlatego, że wszystko to uzupełnia bieganie.”
To komentarz Bartka pod poprzednim wpisem, a poniżej moja dość luźna odpowiedź.
Niedługo minie 8 lat od kiedy zacząłem biegać, i wiecie co? Przez ten czas, przez te cholerne 8 lat, przez tych prawie 3 tysiące godzin, mogłem stać się pieprzonym cyborgiem. Wyobrażacie sobie ile to jest czasu? Ile kilometrów mogłem przebiec w tym czasie? W ilu zawodach wystartować? Ile doświadczeń zebrać? Ile punktów kontrolnych znaleźć? Jak doskonale rozciągnąć i wzmocnić każdy mięsień mojego ciała? Jakie umiejętności opanować?
Miałem jakieś 70 tysięcy godzin, żeby zostać perfekcyjną maszyną do biegania. Ale zamiast tego dziś z trudem przebiegłem 40 minut, pokonałem w tym czasie 7 kilometrów. I jak zwykle zaczynam wszystko, no prawie, od nowa. Idealna wersja Mnie mknęłaby prosto przed siebie, nie zatrzymując się ani na chwilę – pewnie w tym momencie byłaby hen, hen przede mną, byłaby tą pieprzoną maszyną do biegania. Tyle, że ta wyimaginowana maszyna do biegania nie ma ze mną nic wspólnego.
Popełniam błędy, całą masę błędów. Ba! Nie tylko popełniam te błędy, ale i nawet zdarza mi się nie wyciągać z nich wniosków! Najpierw załatwiłem sobie lewe kolano, a później – w identyczny sposób! - prawe. Zamiast teraz szlifować formę pod Bieg 7 Dolin, który odbędzie się już za miesiąc, ja od 4 miesięcy nie przebiegłem więcej niż 8 kilometrów na jednym treningu. I tylko wyłącznie z własnej głupoty.
Bartek wspomina o tym, że jego bieganie staje się dojrzalsze. Nikt jednak nie staje się dojrzały nie popełniając błędów. Bartek dopiero po dwóch „remontach” kolana zaczął w inny sposób patrzeć na bieganie. Ja również dopiero po tych przewlekłych problemach z kolanami zacząłem postrzegać te pozabiegowe sprawy w innym świetle. I dopiero teraz czuję się gotów, żeby na poważnie zająć się bieganiem (co w skrócie znaczy mniej więcej tyle, że wreszcie jestem gotów regularnie trenować i dbać o rozciąganie i te wszystkie okołobiegowe czynności).
Poważnie! Potrzebowałem 8 lat oraz tych wszystkich błędów i niepowodzeń (żadnego z nich nie żałuję!), żeby znaleźć się w tym miejscu, w którym jestem, i w którym wreszcie dobrze się czuję. Staram się nie oglądać za siebie, tego co było nie da się już zmienić, ale każdy dzień to nowy początek. Jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi, każdego dnia można układać maleńką cegiełkę budując swoją przyszłość, trzeba być w tym jednak cholernie wytrwałym. Na szczęście mnie determinacji nie brakuje!
Popularity: 41% [?]
19 lipiec | Rzecz o…

Trochę elektroniki od The Chemical Brothers.
Rzecz o rozciąganiu i motywacji
Przez ostatnie 2 miesiące: wcale nie wróciłem do podstaw, wiecie, cała ta gimnastyka rozciągająca i siłowa. Nie wróciłem bo mi się zwyczajnie na świecie nie chciało. Tak, jestem leniwy. Jasne, że próbowałem, pisząc ostatni tekst byłem cholernie zmotywowany. Ale właśnie – byłem. Przez krótki moment, później mi przeszło. Klasyka. Tak to już jest z motywacją (podstępna sztuka!).
Czy to mnie czegoś nauczyło? Tak, motywacja jest, a za chwile jej nie ma, żadna, nawet największa petarda motywacyjna nic mi nie da, jeśli braknie determinacji i planu. Mnie zabrakło i determinacji i planu. Trudno o konsekwencje, skoro nie ma planu, nie ma pomysłu jak zabrać się za to pieprzone rozciąganie. Byłem na jodze, dwa razy. I to było absolutnie świetne! Po zajęciach czułem się cudownie rozciągnięty, ale… tak, odechciało mi się chodzić na zajęcia.
Rozwodzę się tak nad tym rozciąganiem, bo póki co tylko to mi zostało. No i jeszcze jakieś ćwiczenia siłowe, które nie obciążają kolana. Myślałem, że już z nim jest lepiej, myliłem się. Jest mocno średnio. Czas znów odwiedzić lekarza.
Rzecz o niebieganiu
Lipiec to 4 miesiąc bez treningów. W zasadzie mógłbym się przyzwyczaić, mogłem jeść wszystko, i o której tylko godzinie miałem ochotę. Mogłem pić wszystko, i o której tylko godzinie miałem ochotę. Nie musiałem dostosowywać nawet najmniejszej rzeczy do treningu, nie byłem uwiązany dłuższym wybieganiem, które należy wykonać w weekend, ani szybszym treningiem, na który trzeba mieć siły. Byłem wolny od treningowego reżimu, ale wiecie co?
Cholernie mi brakuje tego rytmu, który trening nadawał mojemu życiu. Koniec kropka. Nie jestem w stanie zapuścić się, zalegnąć na kanapie z piwem w jednej i pilotem w drugiej ręce. Absolutnie nie mam ku temu „predyspozycji”. Z czego zresztą jestem wielce rad.
Te miesiące bez biegania to był czas kiedy zyskałem sporo dystansu do tego wszystkiego. Paradoksalnie potrzebowałem tej przerwy. Jasne, że to nie jest nic przyjemnego jeśli boli Cię kolano i nie możesz robić tego, co uwielbiasz, ale… no właśnie, czasem trzeba zrobić tych kilka kroków w tył, rozejrzeć się na spokojnie dookoła, bo okazać się może, że tak naprawdę biegniesz nie w tym kierunku, co trzeba.
Nakierowałem kompas na właściwy kierunek. Jest dobrze.
Rzecz o odjeżdżającym pociągu
Rozmawiałem jakiś czas temu z Maćkiem Więckiem, o mojej kontuzji, o jego problemach ze zdrowiem, jego kapitalnych wynikach. Powiedziałem, że czuję się trochę tak, jakby przez tą przerwę odjeżdżał mi pociąg, zostaje na stacji, a wszyscy inni ruszyli mocno przed siebie. Ale staram się nie myśleć w ten sposób, w końcu każdy z nas ma swoją stację, dalej, niż do pewnego momentu, nie dojadę. A czy zrobię to wcześniej czy później? Co za różnica? (tak, muszę sobie jakoś to tłumaczyć, aby nie zwariować
).
Niemniej poziom ultra w Polsce rośnie dosłownie z miesiąca na miesiąc. To porażające jakie obecnie robi się wyniki.
Rzecz o planach
Klasycznie już jestem „bezplanowy”. Mam zaklepane miejsce w Ultramaratonie 7 Dolin, ale czy będę w stanie pojechać do Krynicy? Nie mam pojęcia. Na chwilę obecną pozostaje mi jedynie zająć się budową mocnych fundamentów pod powrót do trenowania i mam nadzieje wysokiej formy, do której jeszcze wrócę (wrócę!), czyli zmagań z rozciąganiem (dlaczego w ostatnim czasie prawie każdy artykuł/książka, która wpada mi do ręki, a tyczy się treningu wskazuje na tak cholernie istotną wagę rozciągania w sporcie – jakimkolwiek sporcie) i ćwiczeniami siłowymi-ogólnorozwojowymi.
Tyle ode mnie. Do następnego razu!
Popularity: 43% [?]
20 maj | Wracam do podstaw

Opłakiwałem gorycz fiaska, gdy okazało się, że to łaska.
Jan Sztaudynger
Nie mam pojęcia kim jest facet, który wypowiedział te słowa, ale z pewnością to musiał być cholernie mądry gość (nieprzypadkowo przytaczam je po raz drugi na PK4). Często, niestety dopiero po czasie, okazuje się, że te nieprzyjemne wydarzenia, których doświadczamy, są tak naprawdę konieczne, aby zrobić krok naprzód. Czasem tylko wyjątkowo nieprzyjemne zdarzenie otwiera nam oczy na oczywiste sprawy. I tak właśnie było z moją kontuzją kolana.
FRUSTRACJA
Długo nie pisałem, bo i nie miałem o czym. Prawdę powiedziawszy, zżerała mnie frustracja. Od miesiąca nie biegałem, nie jeździłem na rowerze, nie robiłem NIC! Oprócz biegania nie mam nic innego co angażowałoby mnie w równym stopniu, to nie tylko pasja, to po prostu część mnie. Może brzmi to nazbyt patetycznie, ale tak po prostu jest. Trudno było mi znaleźć sobie miejsce, bez tych codziennych treningów. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – jestem uzależniony.
POCZĄTEK PROBLEMÓW
O tym, że kontuzja nie jest niczym przyjemnym wiemy doskonale. To było moje fiasko. Gdy pobiegłem 10 kilometrów na Maniackiej Dziesiątce poniżej 40 minut myślałem, że problemy mam już za sobą. Później się okazało, że od tego momentu było tylko gorzej. Nieudany występ na rajdzie On Sight, a później ledwo ukończony półmaraton były moimi ostatnimi „podrygami”. Po półmaratonie rozpoczęły się problemy z prawym kolanem.
Jak? Z głupoty. No bo jak inaczej. W poniedziałek po biegu odpoczywałem, ale już we wtorek zrobiłem mocny trening, długa jazda na rowerze połączona z długimi podbiegami. To był czysty idiotyzm. Na kolejnym treningu odezwało się prawe kolano, które szwankuje do tej pory. Czyli już prawie 1,5 miesiąca. Czy napisałem już, że to był idiotyzm? Tak? Ale nie zaszkodzi jeśli to powtórzę, TO BYŁ IDIOTYZM!
DLACZEGO KONTUZJA OKAZAŁA SIĘ ZBAWIENNA?
Paradoksalnie jednak to była również moja łaska. Ten błąd, ten głupi błąd, ta frustracja. Zrozumiałem wreszcie, że muszę zacząć dbać o siebie, o swój organizm, który ma przecież ograniczenia. Zdaję sobie sprawę jak banalne jest to odkrycie. To oczywistość. Oczywistość, którą jednak przez długi czas ignorowałem.
Byłem u lekarza. Facet patrzy w moją kartę i mówi do mnie: „no, Pan już swoje lata ma…” (mam 26 lat). Smutne, co? Ale prawdziwe. Młodszy już nie będę – mój organizm potrzebuje coraz więcej czasu na regeneracje. Więcej uwagi, a mniej nonszalancji.
TRUDNA DROGA NAPRZÓD
Cały czas popełniam błędy. Ale to dobrze, bo to znak, że idę naprzód, nie stoję w miejscu. Czasem, żeby zrobić 2 kroki naprzód, trzeba się troszkę cofnąć. Coś zrozumieć, spojrzeć na pewne sprawy inaczej. I choć ominęło mnie w ciągu ostatnich kilku miesięcy wiele fantastycznych startów, to wcale nie uważam tego czasu za stracony. Choć de facto, jeśli chodzi o moją formę fizyczną tak właśnie jest. Wczoraj ledwo przebiegłem 5 kilometrów, a przecież jeszcze 2 miesiące temu byłem w stanie przebiec 10 razy tyle.
Nie o formę fizyczną jednak tutaj chodzi – to jest rzecz nabyta, łatwo ją zbudować, łatwo ją stracić. Przestałem się już tym przejmować – jeśli skończą się moje problemy to w 3-4 tygodnie znów się odbuduję. Nie zawracam sobie tym głowy. Ważniejsze jest jednak co innego – to, co siedzi w głowie. Tę przerwę więc traktuję jako zmianę kierunku. Zatrzymałem się na dłuższą chwilę na skrzyżowaniu, i zamiast pędzić na oślep przed siebie wybieram dobry, wreszcie, kierunek.
WRACAM DO PODSTAW!
Co to znaczy? W skrócie pisząc, zaczynam dbać o siebie! Póki co nie mogę normalnie trenować, nadal boli mnie kolano, ale chyba jestem wreszcie na dobrej drodze, aby zupełnie wyeliminować ten problem. Widziałem się ostatnio z Agą Korpal – Aga napisała świetny tekst o roli rozciągania w przeciwdziałaniu kontuzji, naprawdę warto go przeczytać! Rozmowa z nią oraz lektura tego tekstu otworzyła mi oczy na to jak cholernie ważne jest dobre przygotowanie organizmu do dużego wysiłku.
Na pierwszy ogień idzie więc ROZCIĄGANIE. Znam już trochę siebie i wiem, że nie będę w stanie rozciągać się po każdym treningu, dlatego planem na kolejne tygodnie jest wprowadzenie nawyku rozciągania się 3 razy na tydzień. Będę wykonywał zestaw ćwiczeń zaprezentowanych w tym artykule. Jeśli rozciąganie to i gimnastyka siłowa – tak, ta znienawidzona przeze mnie gimnastyka siłowa. Plan zakłada wykonywanie jej 2 razy w tygodniu.
Tutaj nie mam jeszcze gotowego zestawu (jeśli ktoś ma jakiś pomysł, proszę o komentarz!), ale w najbliższym czasie mam nadzieje, że uda mi się takowy ułożyć. Jak widzicie wracam do absolutnych podstaw, chcę doprowadzić do porządku swój zniszczony już nieco organizm, przygotować go do ciężkich treningów oraz startów w zawodach. Jestem przekonany, że w dłuższej perspektywie praca tylko nad kondycją fizyczną, bez ogólnego przygotowania organizmu, prowadzi donikąd (a może do gabinetów złośliwych lekarzy?).
NOWY POCZĄTEK
Czuję się jakbym zaczynał wszystko od nowa, ale mądrzejszy o doświadczenia, popełnione błędy i z nową porcją motywacji. Mniej więcej rok temu, na początku maja, odniosłem swój największy rajdowy sukces – wspólnie z Ulą, Hubertem oraz Maćkiem ukończyłem Adventure Trophy. Teraz, rok po tym wydarzeniu, okazuje się, że moim największym sukcesem w ostatnim czasie są… przewlekłe problemy z kolanami!
Jakkolwiek paradoksalnie to brzmi, ja w to naprawdę wierzę. W pewnym sensie zaczynam od nowa, ktoś się podłączy? Co tydzień będę starał się pisać „raporty” z moich postępów, Was również zapraszam do publikacji swoich osiągnięć. Jestem zapisany na Ultramaraton 7 Dolin we wrześniu. Chciałbym przygotować się do tego biegu.
Popularity: 70% [?]
6 maj | Historia zatoczyła koło

Historia zatoczyła koło. Znów jestem słaby.
Boli mnie prawe kolano. Lewe przeszło, teraz dla równowagi „odezwało się” to drugie. Nie biegałem przez 2 tygodnie. Ostatnio zrobiłem 2 krótkie treningi, i gdy wydawało się, że wszystko zmierza ku dobremu, dziś znów zaczęło mnie boleć. Przebiegłem jakieś 500 metrów i zatrzymałem się, przecież to bez sensu zaciskać zęby jak boli i biec dalej.
Zacząłem od koła – od czasu mojej przeprowadzki do Poznania mam strasznie nierówną formę. Po słabszym okresie w lecie, udało mi się przygotować do maratonu, biegło mi się świetnie i zrobiłem fajną życiówkę (3:24). A później zaczęły się te wszystkie problemy. W międzyczasie udało mi się zrobić kilka fajnych wyników, na Nocnej Masakrze (50km), na Włóczykiju (50km), nowa życiówka na 10km.
A teraz wróciłem do punktu wyjścia, a może jest nawet jeszcze gorzej niż we wrześniu… Wtedy przynajmniej nic mnie nie bolało, a teraz? A teraz nie mogę nawet biegać, choć motywacji mi nie brakuje. Przez te wszystkie lata mniej lub bardziej regularnych treningów nie miałem do czynienia z taką sytuacją, owszem zdarzały mi się przerwy – ale wynikały one tylko i wyłącznie z braku motywacji albo lenistwa. Nigdy nie miałem problemów z kontuzjami.
Ten stan, w którym znajduję się obecnie jest dla mnie totalnym novum (żeby trzymać się faktów, 2 lata temu po powrocie z Maroka miałem problemy z zatokami, które na prawie 3 miesiące wyłączyły mnie z treningów, ale zatoki a kolana to dwie różne bajki). Ogarnia mnie frustracja, bo nagle zostało mi odebrane coś, co sprawiało mi tak wielką przyjemność (OK, próbuję zwalić winę na nie wiadomo kogo, tak jak gdybym to ja nie mógł zadbać o swoje kolana…). Kolejne plany i pomysły startów przepadają, a ja zostaję z tym pieprzonym bolącym kolanem.
Robię przerwę, nie będę kombinował. Muszę wyleczyć się zupełnie.
Kurwa mać. Ale będzie jeszcze dobrze!
Popularity: 65% [?]
22 kwiecień | Po pół roku działalności NBR…
Dziś mija 6 miesięcy od godziny zero (tekst pisany 19 kwietnia), czyli startu mojego sklepu dla biegaczy Natural Born Runners, jak mógłbym podsumować ten czas? Startowałem z głową wypełnioną wizją, którą w skrócie można by opisać następująco: „rób to, co kochasz, a będzie dobrze!”. Jest dobrze? Jest, ale jednocześnie zupełnie inaczej niż sobie to wyobrażałem pół roku temu.
Pamiętam jak bodaj w lipcu czy sierpniu rozmawiałem z Jankiem Kaseją z Ergo, narzekał trochę na nawał pracy, a później jeszcze na duży stres związany z prowadzeniem własnej firmy. Przyznam, że wtedy nieco lekceważąco podszedłem do jego słów, pomyślałem, że może chce mnie nieco zniechęcić do tego pomysłu, w końcu miałem stanowić dla niego, co prawda nie bezpośrednią, ale jednak pośrednią konkurencję (tu mała uwaga, bardzo lubię Janka i Macieja Kasejów, mają fajny pomysł na biznes, wydaje mi się, że myślimy podobnie). I co się okazało?
Janek miał rację! O tak, miał cholerną rację. Piszę te słowa, gdy na zegarze wybija 22:30, dziś spędziłem cały dzień w pracy i już mam dość. Serdecznie dość! Żeby nie było, że jestem tak naiwny, wiedziałem, że czeka mnie wiele pracy, ale że aż tyle? OK, jestem perfekcjonistą, chcę, aby mój sklep był najlepszy. Dlatego dopieszczam go cały czas, wprowadzam mniejsze i większe poprawki, mam tysiąc pomysłów na minutę, które nie zawsze mam czas wprowadzać w życie.
Poza tym własny biznes to kolejne możliwości, które otwierają się w zupełnie niespodziewanych momentach. Jeśli sam jesteś sobie sterem, to masz do dyspozycji masę możliwości i tylko od Ciebie zależy jak je wykorzystasz. Banałem byłoby stwierdzić, że im więcej pracy/wysiłku włożę w swój biznes, tym większe zyski zanotuje na koncie. Bo to niezupełnie tak wygląda. Nie liczy się ilość pracy, a jej jakość. Dobry pomysł, zwłaszcza, że pracuję w sprzedaży. Nie chodzi o to, żeby harować jak wół, ale żeby produktywnie wykorzystać dany czas.
Te możliwości, ta wolność w pewnym momencie mogą przytłoczyć. Jestem sobie szefem? Super. Ale czasem mam ochotę rzucić to wszystko w cholerę i zaczepić się gdzieś na etacie (te myśli przychodzą bardzo rzadko i bardzo szybko ekspediuję je ze swojej drogi baaardzo daleko od siebie!). Dlaczego? Odpowiedzią niech będzie jedno słowo: STRES. Tak, jeśli wszystko spoczywa na Twoich barkach, to stresu nie unikniesz. Dużego stresu. Tutaj nie ma pewności, zbliża się koniec miesiąca? Nie, wcale na Twoim koncie nie pojawi się wypłata!
Nigdy nie wiem ile zarobię, i czy zarobię. Teraz, po nerwowym początku, jest ok, zamówienia „spływają” dość regularnie, można wysnuć całkiem realne prognozy, ale początek był cholernie stresujący. Ta huśtawka nastrojów, jest zamówienie? Super! Nie ma? Do dupy z tym wszystkim! Uczę się dystansować wobec tego, ale początek był ciężki.
Ok, dość smętów! Bo, jak się domyślacie, ostatecznie ja naprawdę kocham swoją pracę! Jasne, że jest dużo pracy, ale pracy, którą lubię wykonywać (oczywiście, że są pewne rzeczy, których nie lubię, im sklep bardziej się rozkręca, tym tych rzeczy jest więcej. Np. problemy z realizacją zamówień, wymianą towaru itp.), jest stres? A gdzie go nie ma? Patrzę na życie jako niekończącą się lekcję, własny biznes to przyśpieszony kurs życia! Warto tego spróbować.
Lubię rozmawiać z klientami, sprawdzać sprzęt, udoskonalać sklep, wprowadzać poprawki. Podoba mi się to dążenie do perfekcji, ten nigdy nieustający proces. Zawsze można zrobić coś lepiej. Nie odbębniam niczego byle przetrwać do 16 czy 17 – wkładam w to, co robię całe serducho. I to się sprawdza! Po tych kilku miesiącach dorobiłem się wielu zadowolonych klientów, którzy doceniają bezpośrednie podejście i obsługę klienta na wysokim poziomie (oczywiście, że nie udało mi się uniknąć błędów, często może za bardzo biorę sobie do serca takie sytuacje, ale zawsze staram się wyciągnąć lekcję i nie popełniać ich po raz kolejny). Ci klienci już wracają. I to mnie cieszy najbardziej. Chciałem i nadal chcę, aby Natural Born Runners był takim sklepem, w którym po prostu lubi się robić zakupy.
Co dalej? Bez zmian! Coraz lepiej znam branżę, swoich klientów i ich potrzeby, Natural Born Runners przez kolejne 6 miesięcy będzie kontynuował strategię zapoczątkowaną w październiku, chcę stworzyć najlepszy sklep dla biegaczy w polskim internecie. Gdy 4 lata temu zacząłem prowadzić PK4 gdzieś ta idea ciągłego rozwoju cały czas mi towarzyszyła. Przez ten czas zdążyłem poznać swoje ograniczenia, wiem, że pewnego pułapu nie przeskoczę, choćbym bardzo się starał. Ale wiem też, że jutro możesz być odrobinę lepszy niż byłeś wczoraj. Nawet jeśli myślisz sobie, że ta malutka zmiana nic nie znaczy, to w perspektywie roku i dłużej właśnie takie małe kroczki robią WIELKIE zmiany.
OK, kończę. Lecę pod prysznic. Wezmę ze sobą moją nową kurtkę, dostałem kurtkę Stormpack Newline do testowania. Jak myślicie? Po ilu minutach pod prysznicem zacznie przemakać?
.
Co Wam się podoba w NBR? A co byście zmienili?
Popularity: 69% [?]
« Nowsze wpisy — Starsze wpisy »



O mnie:
