20 październik | 3 miesiące treningów za mną


Dancing in the Moonlight…

Mijają 3 miesiące od kiedy wznowiłem regularne treningi po kontuzji kolana. Czas na małe podsumowanie, garść przemyśleń i kilka słów o planach na przyszłość. Zacznijmy od cyferek, czyli tego, co tygryski lubią najbardziej.

W ciągu 90 dni przeprowadziłem 63 treningi wytrzymałościowe (ćwiczeń rozciągających oraz siłowych nie liczę, niestety nie zapisywałem ich). Przebiegłem na nogach, chodziłem po górach i przejechałem na rowerze ponad 1000 kilometrów. Pokonanie takiego dystansu zajęło mi ponad 90 godzin. W tym czasie spaliłem ponad 68.000 kalorii – co odpowiada około 225 pączkom. Mógłbym je wpieprzać każdego dni, po 2,5 sztuki, a i tak nie przybrałbym na wadze.

W przeciągu tego czasu byłem 3 razy w górach – raz, zaraz na początku tego okresu, pojechałem turystycznie w Góry Stołowe oraz Orlickie (wycieczka w ramach cyklu NBR on TOUR), a później przebiegłem 50 kilometrów podczas Izerskiej Wielkiej Wyrypy oraz 100 kilometrów na Ultramaratonie 7 Dolin. Suma podejść i podbiegów, którą pokonałem w czasie tych 3 miesięcy to około 10.000 metrów w górę (Kilian Jornet prawdopodobnie najlepszy ultras w tym momencie na świecie robi takie przewyższenie w ciągu tygodnia. Bez komentarza).

Na początku z werwą zabrałem się za ćwiczenia siłowe oraz rozciąganie. A później? Oczywiście dałem sobie z tym spokój – jak zawsze! No nie idzie mi to wybitnie – teraz doskonale rozumiem tych wszystkich biegaczy ze słomianym zapałem, jeśli macie z bieganiem tak jak ja z siłownią, to szczerze Wam współczuję, ja już nie wiem jak mam się motywować do tych ćwiczeń…

Nie trenuję według określonego planu – inspirację czerpię z metody Danielsa oraz własnego organizmu. Najczęściej to właśnie on jest dla mnie wyznacznikiem tego, na ile mogę sobie w danym dniu pozwolić. Oczywiście trzymam się, mniej lub bardziej, sztywnych ram, ale to tylko ramy, które elastycznie mogę przestawiać.

Jeśli kontuzja kolana miała mnie czegoś nauczyć, to przede wszystkim właśnie tego elastycznego podejścia do treningu. Jestem bardziej świadomy swojego organizmu – nadal zdarza mi się lekko przegiąć, zrobić za mocny trening, przebiec za dużo – ale w tym momencie wydaje mi się, że mam to pod kontrolą, jeśli przeginam to z wyczuciem. Wiem na co mogę sobie pozwolić.

I patrząc z tej perspektywy te 4 miesiące absolutnie nie były stracone. Trenuję mądrzej – reszta przyjdzie z czasem. Właśnie, reszta przyjdzie z czasem. Kilka tygodni temu przeczytałem wpis Geoffa Rossa na jego blogu (Geoff to jeden z najlepszych amerykańskich ultrasów, mieszka na Alasce i biega sobie jak mu się podoba. Coś w tym musi być, skoro raz po raz wygrywa słynne ultramaratony. Swoją drogą większość tych słynnych amerykańskich biegaczy na długim dystansie jest pozytywnie zakręcona!) o wytrwałości w bieganiu.

Od tamtej pory patrzę na bieganie jak na budowę domu, zaczynasz od stawiania mocnych fundamentów, musisz zebrać odpowiednio dużo dobrych cegiełek, z których powstanie wielka budowla. Jestem na etapie zbierania cegiełek, cegiełki w tej metaforze to kilometry wybiegane na treningach. Każdy trening, nawet jeśli tuż po nim nie masz takiego wrażenia, sprawia, że jesteś coraz mocniejszy. Budujesz swój fundament.

Staram się więc biegać regularnie, nawet jeśli nie mogę zrobić dłuższego treningu, to staram się przebiec choć te 6-8km – zebrać garść cegiełek. Wytrwałość w dłuższej perspektywie czasu, nie kilkutygodniowy zryw, ale długa perspektywa, mocny fundament. Tak, ten tekst zupełnie zmienił moje podejście do biegania. Polecam! Sam tekst jak również blog Geoffa – lubię jego podejście do biegania, a zwłaszcza jego podejście do nieudanych startów. Myślimy podobnie! Teraz tylko przeprowadzka na Alaskę i też będę taki mocny! ;)

Podsumowanie treningów? Było. Garść przemyśleń treningowych? Była! Czas więc na plany. Półmaraton w Kościanie – celuję w 1:29, na wiosnę w Poznaniu mi się nie udało, teraz będzie drugie podejście. Później GEZnO – jeszcze nie wiem z kim w parze, ale chciałbym powalczyć o dobre miejsce. Reszta roku opcjonalnie – wyjazd do Czech na Praską Stóvkę (110km) na początku grudnia (dlaczego, dlaczego tak mi zawrócił w głowie ten bieg?! Sam nie wiem!).

No i klasycznie już biegowe zakończenie roku na Nocnej Masakrze i trasa 50 kilometrów. Bez ciśnienia, ale fajnie byłoby obronić pierwsze miejsce z dwóch poprzednich lat. Tak w skrócie przedstawiają się plany na resztę roku – do tego oczywiście zbieranie cegiełek. Za dwa miesiące z małym hakiem chciałbym pochwalić się większą liczbą spalonych pączków – jeśli mogę się posłużyć taką miarę dobrze wykonanych treningów ;) .

Mam też sporo planów na kolejny rok, ale o nich na razie cicho sza! Dawno się nie odzywałem. Mam nadzieje, że jeszcze trochę czytelników zostało, pochwalcie się co u Was. Jak idą treningi i jakie macie plany na resztę roku?

Popularity: 39% [?]



23 wrzesień | Ultramaraton 7 Dolin: Relacja

Zerkam nieśmiało na Magdę i zastanawiam się skąd bierze się jej niesamowita wytrzymałość? Jej wyniki w biegach ultra zawstydzają niejednego faceta – mnie również. Z pozoru delikatna, ale dajcie jej tylko kawałek górskiego szlaku, a zamieni się w demona siły i wytrzymałości. Magda mówi, że jeśli przed startem na długim dystansie nie zrobisz kilku 30 czy 40 kilometrowych wybiegań w górach, to tak naprawdę nie wiesz na co Cię stać.

Do mety 75km a tu… kryzys!

Gdybym usłyszał te słowa wcześniej, to z całą pewnością przypomniałbym je sobie gdzieś za Halą Łabowską, na 23 może 24 kilometrze Ultramaratonu 7 Dolin. Bo właśnie w tamtym momencie stwierdziłem, że dramatycznie zaczyna brakować mi sił. Czułem się jak przebita dętka, z której ucieka powietrze, a miałem przecież za sobą ledwie ¼ trasy, i to tę najłatwiejszą jej część! Jeśli w tamtej chwili byłem czegoś pewien, to tylko dwóch rzeczy – to będą cholernie trudne zawody, a ja nie zamierzam się poddawać! W życiu!

Przygotowania

Początek nie zwiastował problemów. Oczywiście nie byłem przygotowany tak, jak bym sobie tego życzył. Ten start to miała być swego rodzaju idee fixe tego bloga – chciałem opisać półroczne przygotowania do U7D. Miałem ambitne plany, a wyszło jak zawsze. Kontuzja po półmaratonie poznańskim przeciągała się w czasie i zamiast rosnąć w siłę, słabłem w oczach. Na 6 tygodni przed godziną zero wreszcie doszedłem do siebie. Półtora miesiąca to jednak zbyt mało, by odpowiednio przygotować się na 100 kilometrowy bieg po górach, z sumą podejść na ponad 4 tysiące metrów.

Kiepskie przygotowanie to jedno, a nadmierna ambicja to drugie. Nie miałem respektu ani przed tym dystansem, ani przed całą masą stromych podejść i nieprzyjemnych zbiegów. Fakt, że zacząłem swoją przygodę z zawodami 7 lat temu od razu od dystansu 100 kilometrów miał niebagatelny wpływ na moje podejście do biegania. Wiedziałem, że nie jestem w formie, ale mimo to założyłem sobie ambitny cel (zejść poniżej 13 godzin) i uzbroiłem w myśl: „jakoś to będzie”.

Przyjemny początek

Jakoś, całkiem zresztą przyjemnie, było do tego feralnego 23-24 kilometra. Biegło mi się przyjemnie – pierwsze dziesięć kilometrów przegadaliśmy z Belą i nawet nie obejrzeliśmy się a byliśmy już na Jaworzynie Krynickiej. Później, względnie łatwy przelot do Hali Łabowskiej (byłem w tym miejscu 3 lata temu, podczas zimowego rajdu przygodowego Bergson Winter Challenge, pchaliśmy rowery pod górę, w ciemnościach, w śniegu i zimnie. Pamiętam, że w pewnym momencie – a było to po jakichś 20 kilku godzinach napierania non stop - zacząłem odpływać. Świadomość uległa jakby rozczepieniu, obserwowałem sam siebie wpychającego ten pieprzony rower pod górę.).

Wpadliśmy tam w kilkanaście osób, szybko uzupełniliśmy płyny i w większej grupie ruszyliśmy dalej. Wtedy czułem się jeszcze dobrze. Po jakichś 2 kilometrach musiałem skoczyć na chwilę w krzaki, a po powrocie było już pozamiatane. Nogi miałem ciężkie i zmęczone. Bela odbiegł mi razem z grupą, z którą zabraliśmy się na Hali Łabowskiej, zostałem więc sam. W zasadzie od początku założenie było takie, że biegnę solo – nie chciałem się na nikogo oglądać, ani żeby ktokolwiek oglądał się na mnie. To miała być tylko moja rozgrywka.

Partia szachów

Partia szachów, którą rozegram sam z sobą. Bez dobrego przygotowania nie mogłem liczyć na ściganie się z kimkolwiek – mogłem ścigać się tylko ze sobą. A raczej walczyć o pokonanie kolejnych kilometrów. Przyjąłem prostą taktykę – pod górę szybko maszeruję, a z górki i po płaskim (którego prawie nie było) próbuję zbiegać. Taktyka godna najlepszych, z tymże – najlepsi szybciej podchodzili pod stromizny, podbiegali tam gdzie nie było tak stromo, a ja szedłem, zdecydowanie szybciej ode mnie zbiegali i biegli wszystko po płaskim.

To, że rozdzieliłem się z Belą miał jeden zasadniczy plus – miałem kogo gonić. Wiedziałem, że jest jakieś 5-6 minut przede mną. Chciałem dogonić go na przepaku w Rytrze (33km) i tak też się stało. Do Rytra przybiegłem po jakichś 4 godzinach z hakiem. No to teraz przede mną jakieś 10 godzin męczarni i będzie po wszystkim – pomyślałem. Wiedziałem, że nie mam co myśleć o ściganiu się z kimkolwiek – musiałem wymęczyć pozostałe do mety kilometry. Nie miałem innego wyjścia. Nie chciałem się poddawać. Zależało mi na punktach do UTMB. A poza tym, dlaczego, cholera, miałbym się poddać?! Przegoniłem tę myśl i ani razu później już się nie pojawiła w mojej głowie. Myślenie w ultra tylko przeszkadza!

O podchodzeniu słów kilka

Druga część trasy wiodła przez Radziejową do Piwnicznej Zdrój (65km). Z przepaku ruszyliśmy we czwórkę, ja, Bela, Makhi i kolega w asfaltowych New Balance. Na dzień dobry ostre podejście do góry. Naprawdę ostre. Myślę, że przydałby się teraz kijki, żeby nieco ułatwić sobie życie. Kijków jednak zapomniałem, do poprawki za rok! Przy takich ostrych podejściach wpadam w swego rodzaju trans. Znajduję swoją, niezbyt dużą rzecz jasna, prędkość podchodzenia i krok za krokiem pokonuje kolejne metry dzielące mnie od szczytu. Przy umiejętnym doborze tempa (jest bardzo cienka granica pomiędzy optymalnym tempem, a zbyt szybkim) nawet bardzo ostre podejście jakby nie męczy – oczywiście, że sapię jak lokomotywa, a serducho chce mi wyskoczyć z piersi - ale na swój sposób kontroluję zmęczenie.

Przed półmetkiem trafiamy na punkt odżywczy na Hali Przehyba – a tam na pyszne kanapki! W plecaku mam już resztkę batonów, które zresztą, przestają mi smakować. Fenomenalna kanapka stawia mnie na nogi! Nieco odżywam – nadal brakuje sił i bieg jest wymuszony, ale przynajmniej w głowie jakby więcej optymizmu. Na Radziejowej stuknął nam półmetek, od tego momentu już jest bliżej niż dalej. W zasadzie nadal w cholerę kilometrów do mety, ale mentalnie czuję się lepiej.

Przemyślenia zmęczonego ultrasa

Stromy, nieprzyjemny i nie mający końca zbieg z Radziejowej wydaje się być absurdalny. Bolą mnie wszystkie mięśnie, boli mnie nawet malutki mięsień tuż przy nadgarstku od noszenia mojego Forerunnera 305. Toczę się w dół, bo nie mam innego wyjścia. Do mety jeszcze cholernie daleko, a ja posuwam się naprzód wcale nie siłą mięśni, ale siłą wewnętrznego uporu. Przestałem myśleć. Oczywiście przez głowę przelatywało tysiąc myśli naraz, ale nie miałem na nie wpływu. Odciąłem się od nich, aby broń Boże nie myśleć jak daleko do końca.

Czułem się tak, jak gdybym do plecaka zapakował granicę własnych możliwości, i każdy krok, który przybliżał mnie do mety, przesuwał tę granicę o kolejne metry. W smsie od bliskiej osoby przeczytałem zdanie, które miało mnie motywować do samej mety: jeśli to najtrudniejszy bieg, w którym brałeś udział, to będziesz miał piekielnie wielką satysfakcję jak go ukończysz. Nagle cały mój wysiłek sprowadził się tylko do ukończenia tego pieprzonego biegu. Sam bieg nie sprawiał mi żadnej przyjemności.

Zastanawiając się nad sensem, tego co robię, nie przychodziło mi nic do głowy. Gdyby ktoś się mnie zapytał dlaczego biegam w ultra, to odpowiedziałbym, biegam bo lubię. To przekraczanie granic, poznawanie samego siebie – bla bla bla – tę całą filozofię i patetyczne hasła można przykleić po biegu. W trakcie bowiem, gdy jest cholernie ciężko, ultra wydaje się czymś zdrowo pieprzniętym.

Piwniczna Zdrój

Do Piwnicznej przybiegamy po 8 godzinach i 30 minutach, w nogach mamy 65 kilometrów. Gdyby udało się utrzymać to tempo, to byłaby szansa na wynik poniżej 13 godzin – oczywiście to były ledwie pobożne życzenia, nie miałem sił utrzymać podobnej prędkości. Zresztą, dawno już przestałem myśleć o wyniku, chciałem po prostu skończyć ten cholerny bieg. A do mety jeszcze czekał nas nie tylko spory kawał drogi, ale również i 4 grzbiety do pokonania. 4 solidne podejścia i 4 zbiegi.

Trafiliśmy na idealną pogodę, w nocy przyjemny chłodek, a w dzień ciepło. No, może za ciepło. Zaczynam się nieco przegrzewać w mojej koszulce z długim rękawem Crafta, do tego to mozolne podejście… Noga za nogą. Otępiały pokonuję kolejne metry, tempo niestety dramatycznie spada. Dopiero, gdy się wypłaszcza, a później szlak wiedzie w dół, zaczynamy podbiegać. Biegnę głową, bo w nogach nie mam już sił.

Zostaję sam

Przy kolejnym podejściu, a raczej zbiegu w kierunku Wierchomli Bela zaczyna oddalać się. Zbiegam wolniej, uważam na kolana, i w ogóle słabiej sobie radzę na tych kamienistych zbiegach. Przypominam sobie zeszłorocznego Rzeźnika i myślę sobie, że tamten bieg to betka w porównaniu z tymi kamolami w Beskidzie Sądeckim. Choć czas na 77km mamy lepszy niż na mecie w Ustrzykach, to odnoszę wrażenie, że tutaj jest jednak dużo trudniej. A może to ja narzuciłem sobie zbyt mocne tempo?

Bela ostatecznie urywa mi się na podejściu przy wyciągu za Wierchomlą. Na delikatnym podbiegu pod wyciąg jeszcze odzyskuję dystans, ale ta stromizna przy wyciągu odbiera mi wszystkie siły. Mozolnie wdrapuję się na samą górę zyskując centymetr po centymetrze. Na górze szybko jednak zapominam o zmęczeniu – muszę przecież biec. Zakodowałem sobie, że po płaskim i w dół biegnę, co z tego, że już nie mam sił. Reszta zawodników wcale nie ma łatwiej.

Niewyobrażalne liczby

Oczywiście nie jestem w stanie biec cały czas, więc czasem przechodzę w marsz. Ta taktyka spisuje się doskonale. Wyznaczam sobie krótkie odcinki do pokonania, tak jest łatwiej zmusić się do wysiłku. 100 kilometrów to jakieś 100 tysięcy kroków (drobnię, więc mój krok jest stosunkowo krótki) i dobrych kilkanaście godzin biegu, powiedzmy, że ponad 800 minut i ponad 50 tysięcy sekund. To niewyobrażalne liczby dla naszego umysłu. Porażają swym ogromem.

Czytałem ostatnio wywiad z Krzyśkiem Dołęgowskim, opisywał swoją przygodę z UTMB. Powiedział coś takiego: „Gdy jest źle, powtarzam sobie: ten bieg się nigdy nie skończy”. Ja zupełnie nie myślę, a przynajmniej nie staram się myśleć o końcu. Nie zakładam, że bieg się kiedyś skończy, czy też że ta gehenna nie będzie miała końca. Staram się zakotwiczyć w chwili obecnej i jedyna rzecz, na której się skupiam (albo przynajmniej próbuję się skupić) to drzewo, albo zakręt drogi, albo znak, albo cokolwiek w zasięgu wzroku, kilku minut biegu/marszu.

Muzyczny motywator

Gdy kończę nieprzyjemny, kamienisty zbieg i dobiegam do asfaltowej drogi w kierunku Bacówki nad Wierchomlą przypominam sobie o mojej ostatniej desce ratunku. O muzyce! Przecież specjalnie zabrałem ze sobą słuchawki i nagrałem kilka kawałków przygotowanych na trudne momenty. Do mety pozostało 15 kilometrów. Czuję się słabo. Do bólu, zmęczenia, senności już się przyzwyczaiłem, ale poza tym czuję się otępiały. Poruszam się jak bezmyślne zombie.

Muzyka. To moja ostatnia szansa na wyrwanie się z tego marazmu. Do bacówki prowadzi delikatny podbieg. Zbieram się w sobie, wyciągam ręce do góry i na boki, przygotowuję się do 15 kilometrowego finiszu. Obracam głową na boki, nakładam słuchawki, włączam muzykę i myślę sobie: no to zaczynamy! W rytm pierwszych skocznych taktów podrywam się do biegu. Jest delikatnie pod górkę, wyznaczam więc sobie naprawdę krótkie odcinki: bieg, chwila na marsz, na złapanie oddechu. I znów: bieg, chwila na oddech.

Otępiały stan przemija w jednej chwili, wracam do gry! Po 85 kilometrach biegu czuję się zdecydowanie lepiej niż na 40 czy 50 kilometrze. To niesamowite! Wszystko siedzi w głowie! Zmęczenie, ból – to sprawa mięśni, organizmu, ale głowa.. cholera jasna, ile można wycisnąć z siebie, ze swoich rezerw! N i e s a m o w i t e !

Krótki postój w bacówce, uzupełnienie płynów i heja naprzód. Nie czuję już zmęczenia, czuję natomiast przyciąganie mety. Teren delikatnie pnie się to raz pod górę, raz w dół. Jest ciepła, pogodna sobota, a ja kończę powoli 100 kilometrowy Bieg 7 Dolin, jeszcze to do mnie nie dociera, nadal staram się utrzymywać stan bezmyślności w głowie. Wreszcie ostatni zbieg do Krynicy, gdzieś za plecami dostrzegam sylwetkę biegacza z kijami trekingowymi.

Finisz!

Zrywam się do szalonego zbiegu – przecież nie mogę dać się wyprzedzić w samej końcówce, no fucking way! Wybiegam na asfalt, porządkowi kierują mnie w kierunku mety, nie widzę już swojego przeciwnika za plecami, urwałem mu się. Ale wcale nie zwalniam tempa. Za blisko mety, czuję zbyt wielką euforię, aby teraz zwalniać. Płynę na olbrzymiej fali endorfin. Czuję się jak surfer, który trafił na TĘ falę.

Wpadam na deptak, wokół ludzie biją brawo i gratulują mi, co tylko jeszcze bardziej mnie nakręca. W oddali dostrzegam już metę i szpaler ludzi. Przeżywam te swoje 5 minut ekstazy, którą okupiłem 13 godzinami i 43 minutami bólu. Trudno opisać uczucia towarzyszące momentowi przekroczenia mety… Zegar wskazuje 13 godzin i 48 minut. Zajmuję 43 miejsce. Jestem cholernie zadowolony z siebie!

Postscriptum

Ból. Zmęczenie. Otępiałość. Senność. Cierpienie. Czytając moją relację z Biegu 7 Dolin można odnieść wrażenie, że całe to ultra to jeden wielki masochizm, a my biegacze, to chorzy masochiści. Być może to stwierdzenie nie jest dalekie od prawdy… Chyba sam do końca nie zdaję sobie sprawy dlaczego biegam na długim dystansie. Nie potrafię znaleźć logicznej argumentacji, która by potrafiła wytłumaczyć dlaczego przystaję na to cierpienie w trakcie biegu. Zresztą, im więcej startuję, tym mniej się nad tym zastanawiam. Po prostu to lubię! Zadowala mnie taka odpowiedź!

Zdjęcia: Piotr Dymus, Faalka oraz organizatorzy.

Popularity: 43% [?]



8 wrzesień | Izerska Wielka Wyrypa: Relacja

Poznań, godzina 12:28, do startu w Ultramaratonie 7 Dolin w Krynicy Zdrój pozostało jakieś 38 godzin, a tymczasem ponad 2 tygodnie temu gdzieś w okolicach Gór Izerskich…

…budzę się niewyspany. Przed zawodami nigdy nie budzi mnie zegarek – przy założeniu, że ostatni nocleg ma miejsce na sali gimnastycznej. Twarda karimata i sala pełna ludzi, nieustanny hałas i niewygoda, to zdecydowanie nie są warunki, w których można liczyć na głęboki sen. Ale w końcu ultra to ciągłe zmagania z niewygodami. Te wszystkie trudności, przeszkody i nagłe zmiany planów o 180 stopni to chleb powszedni tej dyscypliny.

Po jakimś czasie można się do tego przyzwyczaić. I nawet ta twarda podłoga na sali i chrapanie na drugim końcu sali, przestają być powodem do marudzenia. I nie żebym tak się cały czas czepiał tej nieszczęsnej karimaty (tak jakbym nie mógł sobie w końcu kupić jakieś wygodnej maty samopompującej, albo nawet materaca), idźmy dalej. Choćby taki bieg. Bieg sam w sobie. Nawet na tym niezbyt długim (skoro to blog o ultra, to dystansu 50km nie można nazwać długim dystansem) odcinku 50 kilometrów.

Pół biedy jeśli ktoś jest dobrze przygotowany, ja nie byłem. Stop! W tym miejscu miał nastąpić długi opis zmagań z kontuzją (własnym lenistwem i zaniedbaniem), brakiem regularnego treningu (jak się bagatelizuje problem to tak jest) i brakiem długich wybiegań (nie chcę już się powtarzać, że cała ta kontuzja i przerwa w treningu to tylko i wyłącznie moja głupota). Ale co z tego?!

Wiecie co mi się podoba w ultra? To to, że nawet jeśli na godziny przed startem (tak jak ja teraz przed U7D) jestem jeszcze niespakowany (cholera, gdzie jest moja czołówka?!) i zastanawiam się czy dam radę czy nie dam, to na linii startu to wszystko odchodzi w niebyt. Stoję sobie później na takiej linii startu, przebrany za choinkę (no co, świecąca czołówka, kolorowy strój, wszędzie odblaski, choinka jak się patrzy! Tylko bombek brakuje!) i nie pozostaje mi nic innego jak dać z siebie maksa. Jakikolwiek by on w tym momencie nie był.

Koniec dygresji. Wracamy do Zaręby i startu Izerskiej Wielkiej Wyrypy (w tym miejscu miałem popastwić się nieco nad nazewnictwem polskich imprez ultra, czasem aż wstyd powiedzieć gdzie człowiek startuje. Ale to szczegół, IWW to świetnie zorganizowana impreza!). 7 rano. Zapowiada się piękny, słoneczny dzień na przedgórzu Gór Izerskich. Założenia? Biec z zaciągniętym hamulcem, uważać na siebie i na kolano. Rzeczywistość?

Napieramy! Biegnę z Marcinem. To nasz drugi wspólny start. Poprzedni był nad wyraz udany, wygraliśmy 50tkę na Włóczykiju. Tym razem mieliśmy zrobić sobie przetarcie przed startem sezonu w Krynicy. Borman przygotowywał się do niego od wielu miesięcy, ja podobnie – tzn. taki był plan. Moja głupota pokrzyżowała jednak plany.

Początek biegniemy ostrożnie. W 8 może 10 osobowej grupie na przedzie. Nie wychylamy się do przodu, ale staramy się utrzymać kontakt wzrokowy z czołówką. Po wbiegnięciu w las i pierwszych autorskich wariantach stawka się rozciąga. Bez większych problemów podbijamy pierwsze 2 punkty. Teren jest delikatnie pagórkowaty, bardzo przyjemny do biegu. Nie ma ostrych podejść, ani ostrych zbiegów.

Ciekawie zaczyna się robić gdy dobiegamy nad rzekę Kwisę. Kolejne kilometry przyjdzie nam pokonać mając ją cały czas gdzieś w pobliżu. Najpierw odcinek specjalny z 4 punktami do znalezienia po drodze. W tym jeden, który znajduje się w sztolni. I właśnie tam spotyka się cała czołówka biegu. Przydają się latarki, na dole jest ciemno – i właśnie gdzieś w tych ciemnościach ukryty jest PK. Nam z Marcinem udaje się go znaleźć jako pierwszym i już po chwili wybiegamy na powierzchnie.

Nie wspomniałem nic o konkurentach. Rok temu udało mi się wygrać Puchar TP50 – to był debiut tego projektu, no i co tu dużo mówić, nie było zbyt wielkiej konkurencji. W tym roku dla odmiany jest naprawdę spore grono osób, którym ten dystans szczególnie przypadł do gustu. Zresztą nie dziwię im się, ja sam uwielbiam biegać na 50km – jak dla mnie to optymalna długość trasy. Wracając do IWW – na trasie pojawiło się wielu mocnych zawodników, nie celowałem w żadne miejsce (staram się tego nie robić, zwykle celuje w określony czas na mecie), ale wiedziałem, że ciężko będzie załapać się na pudło.

Tymczasem wybiegliśmy jako pierwsi i prawdopodobnie objęliśmy prowadzenie (trasa miała 2 warianty do pokonania, większość osób wybrała wariant zachodni, my również), oczywiście taka sytuacja dodaje powera. Ruszyliśmy mocno przed siebie w kierunku zapory na Kwisie. Pod zaporą czekała nas niemiła niespodzianka – biegliśmy dołem i musieliśmy przedostać się na górę, czekało nas bardzo ostre podejście. Na szczęście na niedużą wysokość. Po paru minutach intensywnego wysiłku byliśmy już na górze.

A tam lampa! Dzień rozpoczął się na dobre. Słońce mocno przygrzewało. Po chwili dobiegł do nas Irek z Jankiem. Puściliśmy ich przodem, ale cały czas mieliśmy ich w zasięgu wzroku. Na moment opuściliśmy Kwisę, aby podbić trzeci z kolei PK, ale szybko wróciliśmy nad jej brzeg. Dalsza część trasy prowadziła fantastycznym single-trackiem tuż nad wodą. Urzekająca sceneria pozwalała zapomnieć o pierwszych oznakach zmęczenia. Na półmetku trasy zameldowaliśmy się w okolicach 5 miejsca. Od startu minęły niecałe 3 godziny. Do tej pory nie mieliśmy żadnych problemów i zakładaliśmy, że tak również będzie i później…

Oczywiście myliliśmy się, a jakże! Jakieś 2 godziny później, po kilku zupełnie niepotrzebnych kilometrach, wielu zupełnie niepotrzebnych wulgaryzmach rzuconych w powietrze i oczywiście po wielu zupełnie niepotrzebnych minutach straconych na poszukiwaniu pieprzonej półki skalnej na kolejnym odcinku specjalnym, wreszcie opuszczamy wzgórza nad Kwisą. Nastroje mamy kiepskie.

Do momentu wbiegnięcia w odcinek specjalny szło nam świetnie. Jednak pogubiliśmy się tutaj na amen. Za wcześnie zaczęliśmy szukać punktu, a później to był już festiwal kolejnych pomyłek. Szukając tej nieszczęsnej półki skalnej miałem lekką załamkę. Nie, oczywiście, że nie chciałem się poddać. Ale strata około 40 minut na takim dystansie i przy takiej konkurencji oznaczała koniec rywalizacji. A to bolało i odbierało motywację do biegu.

Szybko jednak doszedłem do siebie. A wydatnie w tym pomogły mi 2 rzeczy. Zimna, nie wróć! Cholernie zimna cola, którą kupiliśmy gdzieś po drodze na kolejny punkt oraz muzyka! Byłem zmęczony, zdekoncentrowany, a wysoka temperatura tylko pogarszała sprawę. Ale kilka łyków zmrożonej coli postawiło mnie na nogi w jednej chwili. A raz potem nałożyłem słuchawki z ulubioną muzyką i poczułem przypływ sił. Zupełnie jakbym dopiero zaczął bieg, a nie w zasadzie kończył. Do mety pozostało nam jakieś 15 kilometrów.

Nie forsowaliśmy jednak tempa, Marcin narzekał na upał, a ja cały czas uważałem na kolano. Nie było już się z kim ścigać, więc i nie było motywacji, żeby przyspieszyć. Po drodze zaliczamy jeszcze małą wtopę w Kościelniku. Banalny błąd, nie możemy odnaleźć wyraźnej drogi odchodzącej na zachód. Lekkie odwodnienie, gorąco i niska koncentracja zaczynają dawać nam się we znaki. Po 10 minutach w końcu odnajdujemy właściwe miejsce. A stąd już w zasadzie prosta droga do mety. Po drodze zgarniamy ostatni punkt kontrolny i po 7 godzinach i 15 minutach wbiegamy na metę. Ostatecznie ten czas daje nam 11 miejsce.

Samo miejsce oczywiście nie jest satysfakcjonujące ani trochę. Szkoda tego błędu na odcinku specjalnym, gdyby nie on powalczylibyśmy o 4 może 5 lokatę. Najważniejsze, że po tak długiej przerwie w startach nadal sprawia mi to przyjemność. Uwielbiam to! Uwielbiam te wszystkie niewygody, ból i zmęczenie. Uwielbiam nawet to gubienie się w lesie oraz całą gamę fajnych i niefajnych emocji, które towarzyszą pokonywanie trasy biegu na orientację. Od euforii po totalną załamkę.

Ten start uświadomił mi, że biegania można się nauczyć! Dokładnie tak! Wcześniej wydawało mi się, że wszystko rozbija się o wybiegane kilometry, o wydolność. Że z bieganiem nie jest tak jak z rowerem, że jak już raz nauczysz się jeździć, to tego nie zapomnisz. A okazuje się, że jest coś w tej analogii, biegać też można się nauczyć. I później, nawet jeśli brakuje Ci wybieganych kilometrów, treningu, to i tak sobie radzisz.

Kilka godzin później byliśmy już w Karkonoszach. W schronisku na Hali Szrenickiej wsuwaliśmy naleśniki (ja) i pierogi (Marcin), popijając je zimnym piwem oglądaliśmy zachód słońca. Po skończonym posiłku nałożyliśmy plecaki i ruszyliśmy dalej na szlak. Ale to już zupełnie inna historia…

Tymczasem! Wracam do pakowania się na U7D.

PS. Zdjęcie, na którym jestem w czapce oczywiście nie pochodzi z IWW, a z krótkiego trekkingu po czeskiej stronie Karkonoszy.

Zdjęcia: organizatorzy, Marcin

Popularity: 45% [?]



15 sierpień | Czego nauczyła mnie kontuzja kolana?

Włącz muzykę!

Gdy powoli zacząłem wracać do biegania, pomyślałem sobie, że ta kontuzja, rozbrat z treningiem i świadomość tego, że tak naprawdę zafundowałem sobie tę przerwę tylko i wyłącznie na własne życzenie, coś we mnie zmieniło. Że wyczerpałem swoją pulę idiotycznych błędów, i że od teraz już ich nie będę popełniał. Myślałem nieco w tonie tego cytatu:

„Większość mężczyzn popełnia błąd myśląc, że pewnego dnia nastąpi koniec. Myślą „Jeśli będę pracował wystarczająco dużo, to pewnego dnia będę mógł odpocząć”. (…) Błędem mężczyzny jest myślenie, że ostatecznie sprawy będą wyglądać inaczej w jakiś fundamentalny sposób. Nie będą. To się nigdy nie kończy. Jak długo trwa życie, twórczym wyzwaniem jest walczyć, grać i kochać się z chwilą obecną. (…) To się nigdy nie skończy, więc przestań czekać aż przyjdzie to lepsze.”

Tak, właśnie tak sobie pomyślałem, że gra już skończona, i że od teraz już wiem wszystko. Ale wcale tak nie jest i nie tego nauczyła mnie ta kontuzja. Okazało się, że mój potencjał do popełniania błędów jest wręcz nieograniczony! Cały czas mogę je popełniać, i te stare i te nowe. Muszę przyznać, że niezły jestem jeśli chodzi o te sprawy.

Jednak skłamałbym, gdybym napisał, że nic się nie zmieniło, bo zmieniło się wiele! Pokrótce postaram się wypunktować tych kilka fajnych rzeczy, które zyskałem dzięki kontuzji (w myśl zasady, żeby nawet w tych mało przyjemnych momentach życia doszukiwać się pozytywów):

1. Jestem ostrożniejszy

Trenuję z zaciągniętym hamulcem i co ciekawe całkiem łatwo mi to przychodzi. Oczywiście trafił mi się weekend, w którym dałem się ponieść i zrobiłem 2, a w zasadzie 3 treningi (po jednym było mi mało, to wieczorem w ramach naturalnego biegania przebiegłem na bosaka ponad 2km, w tym długi podbieg), to było nierozsądne, ale potrzebowałem tego. Wiedziałem, że przesadziłem dlatego kolejny tydzień zrobiłem już luźniejszy, tak żeby na spokojnie dojść do siebie po tym weekendowym szaleństwie.

Teraz łatwiej przychodzi mi dawkować sobie wysiłek, baczniej zwracam uwagę na sygnały mojego organizmu. Stałem się tak jakby bardziej wyczulony na to, na co wcześniej nawet nie zwracałem uwagi.

2. Głód biegania

Przez tych ostatnich kilka miesięcy cały czas coś robiłem, próbowałem biegać, jeździć na rowerze, grałem w badmintona, we frisbee – więc to nie jest tak, że miałem zupełną przerwę od wysiłku (pewnie dlatego teraz tak stosunkowo łatwo wracam do formy), ale jednak to nie był regularny trening. I gdy wreszcie zacząłem systematycznie biegać nagle okazało się, że wręcz nie mogę się doczekać kolejnych treningów, po jednym miałem od razu ochotę na kolejny. Istny szał! Nigdy wcześniej tak nie miałem. Cały czas czuję autentyczny głód biegania.

Odpocząłem mentalnie od wysiłku, od regularnych treningów – nabrałem sił i teraz to procentuje. Tak jak zawsze obawiałem się dłuższych przerw, tak teraz wiem, że są one konieczne do zachowania nie tylko formy fizycznej (organizm po prostu MUSI mieć czas na odpoczynek, chwilę na złapanie oddechu), ale i psychicznej. Po takiej przerwie bieganie naprawdę inaczej „smakuje”. Odkrywam je na nowo. To cholernie odświeżające. Zwłaszcza po iluś latach biegania…

3. Bieganie jest jeszcze fajniejsze!

Był taki moment – jeszcze przed kontuzją, gdy zacząłem się obawiać tego, że mógłbym wpaść takie „dorosłe” życie, w którym mógłbym zrezygnować z biegania, z treningów i tego wszystkiego. Krótko pisząc, że mógłbym zostać „kanapowcem”. Teraz jednak wiem, że to TOTALNIE nie dla mnie! Bycie kanapowcem mi nie grozi! Tak samo jak nie odpowiada mi mało sportowy tryb życia – jasne, że czasem człowiek potrzebuje się wyszaleć, odstresować, ale na dłuższą metę po prostu potrzebuję regularnej dawki endorfin, przygotowań po zawody, planowania treningów, wyjazdów.

Zaraz na początku problemów z kolanem miałem taki okres, że prowadziłem się, powiedzmy, mało sportowo. Być może macie podobnie, ale czasem, gdy realizuję jakiś plan i sam rezygnuję z niektórych rzeczy (alkohol, imprezy, niezdrowe jedzenie itp.) to mam poczucie, że coś mnie omija, że w pewien sposób się udręczam, odmawiam tych „przyjemności” i katuje treningiem. Jednak okazało się, że gdy miałem nielimitowany dostęp do tego, czego wcześniej sobie odmawiałem, to tak naprawdę to wszystko nie było tego warte. Nie chodzi mi o to, że nie jest fajnie czasem sobie pójść na imprezę, bo jest fajnie.

Tylko, kurde, jak to wytłumaczyć. Hmm… To było 2 tygodnie temu, biegałem w Międzyzdrojach, są tam fantastyczne tereny, pełno pagórków, podbiegów. Było ciepło, a ja miałem ochotę na „naturalne bieganie”. Ubrałem się w krótkie spodenki startowe i… to już wszystko. Nie miałem nawet butów, chciałem przebiec się plażą. Okazało się jednak, że bardzo mocno wieje, po prostu nie dało się biec. Wróciłem się więc po buty i pobiegłem w stronę lasu.

No i to uczucie gdy biegnę już któryś kilometr, sprawnie pokonuję ostry podbieg pod punkt widokowy Gosań, później szybki zbieg i dalej, na wypłaszczeniu wciąż przyspieszam. Nie mam pulsometru i nie obchodzi mnie tętno, biegnę szybko, bo po prostu sprawia mi to cholerną przyjemność. Wydaje mi się, że frunę, pewnie stawiam kolejne kroki, biegnę pogrążony w jakiejś dzikiej ekstazie. Czysta, niczym nie zmącona przyjemność i uczucie wolności…

Tak! Te uczucia są warte tych kilku poświęceń! ZDECYDOWANIE!

4. Mniej ciśnienia

Zeszło ze mnie ciśnienie. Nie całkowicie, ale w znacznym stopniu tak. Zeszło sporo tego parcia na wynik, na bicie życiówek. Na ciągłą poprawę. Nie stresuję się tym, że po 4 miesiącach nieregularnych treningów jestem w znacznie słabszej formie niż wtedy, kiedy łamałem 40 minut na dychę, czy wygrywałem Włóczykija. Cieszę się z tego, że znów mogę biegać. Może bardziej doceniam to, że mogę. Wcześniej to była oczywistość, a w ostatnich miesiącach poczułem na własnej skórze jakie to paskudne uczucie, gdy ktoś odbiera Ci ulubioną zabawkę.

Wiem, że to ciśnienie wróci. Na szczęście zawsze starałem się porównywać przede wszystkim z samym sobą. I po tych kilku miesiącach kładę na to jeszcze większy nacisk. Bieganie ma sprawiać przyjemność, a nie przynosić frustrację! I tego się trzymam.

Podsumowanie

OK, krótkie podsumowanie. Dzięki kontuzji: ostrożniej trenuję, uważniej wsłuchuję się w to, co szepcze mi do ucha mój organizm. Nauczyłem się doceniać przerwy, teraz wiem, że są potrzebne – przerwa to też forma treningu! Psychiczny reset, czasem cholernie potrzebny. Na nowo odkryłem radość płynącą z biegania, wiem, że to jest TO co chcę robić, i że to jest po prostu część mnie. Nie odetnę sobie ręki, tak samo jak i nie zrezygnuję z biegania. I wreszcie po czwarte, bardziej potrafię docenić samo bieganie, bez oglądania się na tarczę pulsometru i listy wyników…

Mam nadzieje, że nie będę potrzebował kolejnej kontuzji, żeby ugruntować te fajne rzeczy, które przytrafiły mi się w czasie trwania kontuzji. Jeśli ktoś z Was ma akurat problem z kontuzją niech chwyci za kartkę papieru i długopis i napiszę kilka rzeczy, które nauczyła go kontuzja. Pozwoli to Wam inaczej spojrzeć na ten beznadziejny czas bez treningu – mi to pomogło!

Popularity: 58% [?]



4 sierpień | Mniej ale częściej

Kilka tygodni temu w Pobiedziskach pod Poznaniem odbyła się Wielkopolska Szybka Setka. Umówiłem się z Piotrkiem, że wpadnę do bazy w sobotę rano i odwiozę go do Świnoujścia. Piotr brał udział w biegu na 100 kilometrów, start odbył się w piątek wieczorem. Rankiem zjawiłem się w Pobiedziskach. Wszedłem do bazy zawodów, przywitałem się z organizatorami i… poczułem się dziwnie.

Wejście do bazy rajdu kojarzy mi się z dwojako. Najpierw musisz po raz pierwszy przekroczyć jej próg, gdy jeszcze jesteś pełen nadziei, bądź obaw przed startem. Drugi raz jest zwykle euforycznym wejściem umęczonego człowieka po kilkunastu godzinach zmagań z samym sobą. Ten drugi raz wolę zdecydowanie bardziej.

Tym razem wcale nie wpadłem na metę i nie ukończyłem zawodów. Zwyczajnie otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Nie byłem ani zmęczony ani śpiący, butów też nie miałem ubłoconych. Szkoła powoli zaczęła zapełniać się uczestnikami trasy rowerowej. Przysłuchiwałem się ich rozmowom pełnych emocji, wiecie, te wszystkie gadki po startowe, o tym jaki punkt kontrolny sprawił najwięcej problemów, o trudnych przelotach i innych nawigacyjnych niuansach.

Pomyślałem, że to nie moja bajka. Już nie moja albo na razie nie moja. Dotknąłem bolącego kolana, które uświadomiło mi, że na razie nie mam co myśleć o powrocie do treningów, a tym bardziej o jakichkolwiek startach. Chciałem jak najszybciej wyjść stamtąd, czułem się źle w tym miejscu. Nie mogłem znieść tych rozmów, tej atmosfery zawodów. To było przygnębiające.

Na metę wpadł Maciek Więcek. Był pierwszy. Zrobił swoje, zresztą, tak samo jak tydzień wcześniej i dwa tygodnie temu. W którymś momencie zawodów przegonił Piotrka i Andrzeja. Ci dwaj przybiegli jakieś 40 minut po Maćku. Oni też zrobili swoje. Piotrek szybko poszedł pod prysznic, przebrał się i po kilkunastu minutach siedzieliśmy już w samochodzie wracając do domu.

Był drugi, ale nie zrobiło to na nim wielkiego wrażenia. Gdyby przybiegł pierwszy, to pewnie równie szybko przeszedłby nad tym do porządku dziennego. Poza tym śpieszył się na imieniny ojca. Przebiegł stówę, zrobił swoje i mogliśmy wracać. Ostatnio znajoma „rajdówka” (uczestniczka rajdów przygodowych… :) ) przeprowadzała ze mną wywiad, potrzebowała informacji do pracy magisterskiej o rajdach przygodowych. Zapytał się mnie po co startuję?

Rozgadałem się, trochę bez ładu i składu, próbowałem doszukiwać się jakiegoś sensu w tym startowaniu w ultra. A może po jakimś czasie człowiek zwyczajnie robi swoje, nie wiedząc ani tym bardziej nie zastanawiając się po co to robi? Bo i w gruncie rzeczy po co nam taka wiedza? Start to start, robimy swoje i tyle. Tu nie ma filozofii.

Gdzieś za Skwierzyną zatrzymaliśmy się na obiad. Zajazd „Chrobry” (gdyby ktoś kiedyś coś, to polecam!). Zjedliśmy po placku po węgiersku i gadaliśmy o różnych rzeczach. W pewnym momencie na tapetę wzięliśmy temat diety (zawsze dziwne wydaje mi się to, jak dwóch facetów rozmawia o diecie, to tak na marginesie), stwierdziłem, że należy jeść często ale mało.

Piotrek odparł: więc może będziesz pisał na blogu mniej ale częściej? Pomyślałem, że ma rację.

PS. Starałem się jak mogłem i w tym piep… tekście nie padł ani jeden pier… wulgaryzm. Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać :) .

PS2. Z kolanem coraz lepiej! Myślę o starcie w Izerskiej Wielkiej Wyrypie. Trasa 50km. Nie chcę sobie rodzić żadnych nadziei, ale, kurde, to naprawdę może być mój come back :) .

Popularity: 52% [?]



« Nowsze wpisyStarsze wpisy »