27 marzec | Maniacka Dziesiątka: Relacja
W tym wpisie, co żem go był napisał, ale nie opublikował, na końcu stoi jak byk: „Biegowo czuję się coraz lepiej, czuję, że te 39 minut pęknie jak nic na Maniackiej Dziesiątce!”. I co? I chu…steczka! Ale o chusteczkowym biegu za chwilę.
Najpierw piosenka. Jak zwykle chillout, do pisania siadam zwykle wieczorami, nie mam ochoty słuchać wtedy czegoś energetycznego. Pisząc, lubię się wyluzować, no i w tym przypadku Pillow Talk sprawdza się idealnie. Pillow Talk by Wild Child. No dobrze, ewentualnie trochę mocniejsza nutka - do posłuchania tutaj.
Biegam, jasne że biegam. I nawet bardzo regularnie. W grudniu się rozregulowałem na kilka tygodni. Pamiętacie? Tuż przed startem w Nocnej Masakrze, na której zresztą nie wystartowałem. Później było tylko gorzej, wypadłem z rytmu, miesiąc bujałem się od przypadkowego treningu do przypadkowego treningu, aż wreszcie zaskoczyłem.
Od 5 stycznia mój najdłuższy rozbrat z bieganiem trwał raptem 2 dni. A trzeba Wam wiedzieć, że 3 dnia wpadam w ponure przygnębienie, ogarnia mnie apatia, niechęć do wszystkiego, energia gdzieś ucieka i czuję się podle. Później jest tylko gorzej. Jak ci ludzie żyją bez biegania?! Bez żadnego wysiłku fizycznego?!
Jakoś właśnie w styczniu do planu treningowego wprowadziłem interwały i… i to był strzał w dziesiątkę! Przewentylowałem płuca, rozruszałem nogi na przyjemnych prędkościach (5 minutowe odcinki biegałem po około 3:50min/km). Bardzo szybko przełożyło się to na tempa wybiegań, pierwszy zakres zacząłem śmigać po 5:00-5:05min/km. I obecnie większość moich treningów wykonuję właśnie w tym tempie.
Czułem, że moc jest ze mną! A później, a później to wszystko zaczęło się pieprzyć. Jak zawsze.
Pojechałem z Bormanem pod Leszno na 20 kilometrowe wybieganie. Marcin rozentuzjazmowany opowiadał mi o kolejnych startach w biegach na 50 kilometrów, a ja mu nawijałem o rozkosznym asfaltu udeptywaniu do utraty tchu. Dałem sobie na luz z ultra. Przynajmniej do wiosny, chcę popracować nad prędkością, zrobić kilka życiówek na ulicy i z poczuciem mocy wrócić latem i jesienią na – najpierw 50tkowe, a później 100 kilometrowe trasy.
Trening byłby nad wyraz przyjemny, gdyby nie fakt, że piździło okrutnie. Ale to jeszcze nic, jako, że bieganie w różniastych warunkach nieco mnie uodporniło na takie atrakcje, to wyszedłbym z tego bez szwanku. No, ale zaraz po treningu, z mokrą głową, poleciałem na miasto – a że wicher nie przestał wiać, to i mnie przewiało. Następnego dnia poczułem się kiepsko.
Zastanawiałem się czy nie odpuścić Maniackiej. Chciałem atakować 38:5x, czyli biec pod kreską, na granicy możliwości. Takie bieganie to jak chodzenie po slacku (taka lina zawieszona pomiędzy drzewami), jeden zły ruch i leżysz. Tak samo jest z bieganiem pod kreskę. Decyzję o starcie podjąłem w czwartek. Od razu ruszyłem sprawdzić jak się ma moja forma.
Bela polecił mi zrobić kilka kilometrówek w tempie startowym. Chciałem je pobiec w środę, ale dzień wcześniej odpuściłem trening z powodu kiepskiej formy. Miałem nadzieję, że ten dzień wolny postawi mnie na nogi. Bieganie kilometrówek w słabszej formie, na przetestowanie się na 2 dni przed startem to czysty idiotyzm i na tym mógłbym zakończyć tę relację, ale… oczywiście pobiegłem te kilometrówki.
I nawet, cholera, dobrze mi się biegło! 5 razy kilometr w tempie 3:47. Poczułem, że moc jest ze mną, choć nadal czułem się trochę „zawiany” po niedzieli. Następnego dnia zrobiłem lekki rozruch – 6 kilometrów i podekscytowany czekałem na start… No i nadejszła sobota! …wstałem rano i miałem wielką, wielką ochotę pobiec te 10 kilometrów i poprawić swoje zeszłoroczne 39:52. Zawsze przed startem czuję się ospały, najchętniej bym zrezygnował, ale w sobotę było inaczej. Nie mogłem usiedzieć w miejscu, nosiło mnie po całym mieszkaniu. Chciałem, aby ten bieg już się zaczął!
Za oknem słońce i ciepło. Bardzo ciepło. Prognoza zapowiadała prawie 20 stopni i lampę bez ani jednej chmureczki na niebie. Huh, to nie była dobra informacja. W pamięci miałem jeszcze siarczyste mrozy, a dziś miałem biegać zupełnie na krótko i w takim żarze… nie lubię tego!
Jednak przed startem nadal jestem pewny swego. Rozpiera mnie energia do momentu gdy zaczynam robić rozgrzewkę. Nogi jakieś takie, ciężkie, ..rwa mać! Zmęczone i w ogóle bez ochoty na bieganie, jakiekolwiek. A tu za moment miałem zapierdzielać ile tchu. Zwątpiłem. Straciłem rezon. No i ten upał. 20 stopni i lampa to dla biegacza absolutnie beznadziejne warunki.
Stając na starcie wiedziałem, że mam marne szanse na zakładany wynik, ale… oczywiście nie mogłem nie spróbować. Pierwszy kilometr z górki, spokojnie, bez napinki, ale szybko – 3:43. Później wiraż i wbiegamy już na ścieżkę wokół Malty. Staram się biec po 3:54min/km, tak żeby jeszcze nieco przyspieszyć na finiszu i złamać 39 minut. 2 i 3 kilometr robię w założonym tempie. Przy czwartym zaczynam się łamać.
Wieje wiatr, jest lekko pod górkę i jakoś tak nogi nie podają. Oddech i tętno ok, ale w nogach brak sił, żeby przyspieszyć. Mijam metę i czuję, że już nic z tego nie będzie. Ostry podbieg, fragment zacienioną trasą i mijam 5ty kilometr. 4:03 i 4:10 – to międzyczasy z kolejnych kilometrów. Po półmetku wbiegamy znów na słońce, czuję, że się topię od środka. Nie mam sił przyspieszyć, zaczynam opadać z sił i…
i… podaję walkę. Mentalnie przegrałem właśnie w tym momencie. Nie mam sił utrzymać tempa poniżej 4 minut na kilometr, a charczenie i walka o te kilka sekund już od tego momentu nie ma sensu. Złamałoby mnie w pół na 3 kilometry przed metą. Miałem jeszcze nikłą nadzieję, że odpocznę ze 2 kilometry biegnąc wolniejszym tempem.
Co oczywiście nie miało miejsca. Na 7 kilometrze chciałem zejść z trasy, ale pomyślałem, że nie będę robił sobie siary. Biegłem coraz wolniej i miałem coraz mniejszą ochotę na kontynuowanie tego biegu. Nie miałem jednak innego wyjścia jak dotoczyć się do mety w męczarniach. Nie znalazłem w sobie ani sił, ani chęci na finisz. 41:17. Cofnąłem się 2 lata wstecz… Kurwa mać!
Taki bieg jak ten zawsze pozostawia w człowieku paskudne uczucie rozczarowania. Wpędza w podły nastrój. Przygotowywałem się do Maniackiej prawie 3 miesiące. Robiąc te wszystkie interwały czułem się na siłach, żeby przebiec ten dystans poniżej 39 minut. A ten bieg miał być tylko postawieniem kropki nad i, dopełnieniem całego tego misternego planu. I co? I chusteczka!
Na szczęście wszelkie doły postartowe przechodzą mi bardzo szybko. Wykonana praca nie poszła na marne, moc jest, trzeba tylko odpocząć, obrać dobry kierunek i napierać! A okazja do poprawy będzie już w tę niedzielę, powalczę o nową życiówkę na trasie poznańskiego półmaratonu.
Zdjęcie: Borman.
Popularity: 25% [?]
15 luty | Powrót

Laidback – Beautiful Day. Chillout przez wielkie C i wielkie H! Wieczorem do wina, rano do kawy. Miłego słucho-czytania!
Jest wtorkowy wieczór, i gdyby udało mi się zrealizować plany z jesieni zeszłego roku, to właśnie dochodziłbym do siebie po starcie w rajdzie zimowym 360. I chyba miałbym dość zimy na najbliższe sto lat, a może i dłużej. Planów nie zrealizowałem, ale niech ta zima idzie sobie już w cholerę, to tak na marginesie.
Ostatecznie nie pojechałem na Nocną Masakrę (ostatni wpis na blogu popełniłem na kilka dni przed startem), nie wystartowałem w 360, ani nie wylosowali mnie do UTMB. Bloga nie aktualizowałem od – o zgrozo! - dwóch miesięcy. A plany były takie ambitne! Cały serial miałem napisać! Przygotowania do 360, krew, pot i łzy. Skończyło się na łzach. Zrezygnowałem ze startu jakoś na początku roku – wyrzuty sumienia gryzą mnie do tej pory.
Strony zawodów unikałem jak ognia, a tym bardziej już w czasie trwania rajdu – nie chciałem oglądać tego, co mnie ominęło. Paskudne uczucie. Na zawodach czas ciągnie się czasem w nieskończoność. Pamiętam ostatni bieg w Krynicy. Bite 100km. Od 25km czas jakby stanął w miejscu. Start o 3 rano, jeszcze ciemno. O 7 już miałem dość. Wschodził dzień i świat zwolnił, jakby ktoś włączył slow-motion, nie, wróć! Jakby ktoś włączył pauzę na pilocie i zapomniał później „odpauzować”. Leniwy sobotni poranek i wczesne popołudnie, o matko, w domu to mija nie wiadomo kiedy, a tam?
Krok za krokiem, minuta po minucie. Ty sam, buntujący się organizm i kilka myśli na krzyż, które wciąż powtarzają się w kółko. Jak gdyby słuchać tej samej płyty wciąż od nowa do znudzenia (nie daj Boże zaplącze się jakaś melodia, koniec świata!). Jednak teraz to nie było to samo. Minął czwartek (start późnym wieczorem), minął piątek i nagle było po weekendzie. Oni tam już PO, uśmiechają się na pamiątkowym zdjęciu, a mnie coś rozrywa w środku. Cholera, a przecież sam podjąłem taką, a nie inną decyzję. Mimo wszystko, trochę żal… Z innej beczki:
Rok temu napisałem: „Bieganie po prostu sprawia mi cholerną przyjemność. I, jakkolwiek to nie zabrzmi, sprawia, że jestem lepszym człowiekiem. Bardziej zdeterminowanym, cierpliwym, z dystansem podchodzącym do porażek (wszak te zawsze można zamienić na sukcesy), a przede wszystkim bieganie sprawia, że nie pogrążam się w codzienności. Zawsze jestem tuż nad nią. Nie daję się porwać pieprzonemu kieratowi życia. To całe życie, te wszystkie poważne sprawy, poważne miny i poważni ludzie. Nie być kolejnym „poważnym” trybikiem tego całego systemu. Chcę być cały czas ponad tym.”
O ja naiwny! Osz kurwa mać! Zafiksowałem się na pracy, przegiąłem – straciłem równowagę, przestałem być „ponad tym” - wpadłem w TO po same uszy. Cholera! Oczywiście, że nadal biegam, nie myślcie sobie, że odpuściłem, o nie! Ale bieganie stało się rutyną – niestety. Pracuję nad tym, aby na nowo złapać równowagę – i stąd ta próba powrotu do pisania. Zresztą…
Parę dni temu dzwoni ktoś do mnie z nieznanego numeru. Okazuje się, że to czytelnik PK4! Znalazł bloga przez stronę sklepu, przeczytał kilka tekstów i spodobało mu się to, co robię. Mówi, że tacy ludzie jak on czy ja to komandosi. Cholera, jaki ze mnie komandos. Dziś na przykład w ogóle mi się nie chciało biegać. Paskudna pogoda za oknem, zimno, ponuro i jakoś tak nijako. W planach 10 kilometrów. A mi za cholerę się nie chce.
Łypię niechętnie okiem na buty stojące w kącie i zastanawiam się czy może, aby dziś nie wypadałoby sobie zrobić wolnego, bo ostatnio coś mi się słabiej biega… Ale wiem przecież, że to zwyczajny leń się odzywa. I wiem przecież, że to znużenie, które czuję w tym momencie przejdzie mi po najwyżej 2 kilometrach. I że później, jak już wrócę z treningu, to będę tryskał energią, bo bieganie przecież zawsze dodaje sił – nawet jeśli na krótko, bo zaraz człowieka ogarnia zmęczenie (ale w kilka minut PO czujesz, że mógłbyś góry przenosić. Czysta euforia).
I tak rozmyślam o tych komandosach. Taki komandos nie miałby takich rozterek, wstałby z kanapy, zasznurował buty i po prostu zamknął drzwi za sobą. Dobrze być czasem takim komandosem! Nie obiecuję, że będę pisał częściej – nikt, włącznie ze mną, już mi w to nie wierzy. Ale obiecuję spróbować i mam nadzieje, że nie popłynę za bardzo w kierunku grafomaństwa…
Kończę, wino dopite – Vale de Rosas, w Carrefourze znalazłem, półsłodkie i z Portugalii. Pycha i chyba nawet nie zawiera siarczyn! Do następnego!
PS. Trzeba by rozmienić 39 minut na dyszkę! Na wiosnę lecę na 38:5x, trzymajcie kciuki!
Popularity: 43% [?]
14 grudzień | S01E04: Przed Nocną Masakrą

Na 3 dni przed próbą generalną, testem tego, co udało mi się wytrenować przez ostatnie 4 miesiące, odkryłem jak BARDZO jestem uzależniony od treningu. Przez ostatnich kilka dni byłem niespokojny, rozdrażniony, z trudem panowałem nad emocjami. Dziś odkryłem dlaczego. Wróciłem właśnie ze żwawego 13 kilometrowego wybiegania w przyjemnym deszczu (bieganie w deszczu dzieli się na przyjemne i nieprzyjemne – naprawdę tak jest!) i…
…i poczułem spokój! Wszystko wróciło do normy. Jak ręką odjął przeszła irytacja, złość i poddenerwowanie. Zeszły tydzień miał być odpoczynkowy. Po 3 tygodniach zwiększania obciążenia wreszcie miałem odpuścić, nieco zluzować, żeby złapać świeżość przed sobotnim startem. Luzowanie siłą rzeczy wiąże się z tym, że muszę obciąć kilometraż – trenuję więc mniej. I tu pojawia się problem. Organizm przyzwyczajony do solidnej dawki wysiłku, po odstawieniu wysiłkowego narkotyku zaczyna się buntować.
Zdaję sobie sprawę jak mocno jestem uzależniony od endorfin, od pokonywania kilometrów (i jak klasyczny ćpun potrzebuję do tego coraz większych dawek) siłą własnych mięśni, ale co rusz zaskakuje mnie fakt jak BARDZO wysiłek fizyczny odciska piętno na moim samopoczuciu. To niebywałe. Z jednej strony można się cieszyć, ale z drugiej? Przesada nigdy nie jest zdrowa – i myślę, że tak również jest i w tym przypadku. Poszukiwania równowagi „in progress”.
Trudno mi sobie wyobrazić życie zupełnie pozbawione wysiłku fizycznego, musiałbym w szybki czasie zupełnie zgnuśnieć. Endorfinowe uzależnienie daje mi mnóstwo sił – gdybym tylko jeszcze znalazł ten złoty środek. Ech! No nic, zostawmy ten temat. Przejdźmy do dania głównego, czyli startu w Nocnej Masakrze. Wybieram się na trasę mieszaną, 50km biegiem + 100km rowerem. Początkowo chciałem pościgać się na samej 50tce. Jednak gdy podjąłem decyzję o starcie w zimowym 360 – nie miałem wątpliwości, że trasa mieszana będzie tym, czego mi teraz potrzeba.
Czuję lekką spinę. Dawno nie startowałem, wypadłem z rytmu. To raz, a dwa – jestem ZNACZNIE lepiej przygotowany niż przed sierpniową Izerską Wielką Wyrypą czy Biegiem 7 Dolin – tamte starty traktowałem lekko, na zasadzie, będzie co będzie. Tutaj wiem, że stać mnie na dobry wynik i nie będę miał żadnej wymówki jeśli coś pójdzie nie tak.
No i pojawia się ta cholerna spina. Im bliżej startu tym odczuwam większy niepokój (…rwa mać! Czytam sobie to, co napisałem i wychodzi z tego, że trening i starty sprawiają, że staje się jakimś psycholem – niedobrze, niedobrze!). Znacie to nerwowe oczekiwanie startu, to uczucie, gdy ciężko jest się na czymś skupić bo myśli powolutku acz sukcesywnie cały czas zaczynają krążyć wokół zawodów? Mam to samo!
Po dzisiejszym treningu jestem dobrej myśli. Kilka ostatnich treningów było wymuszonych, nie biegało mi się dobrze, dziś było tak lekko i przyjemnie. Odpoczynek zrobił swoje! Jutro ostatnia rundka na rowerze, a w sobotę w południe start! Trzymajcie kciuki!
W następnym odcinku o tym jak mi poszło na zawodach, po co mi trenażer i o zapisach na UTMB…
Popularity: 86% [?]
6 grudzień | So1Eo3: “Punkt wyjścia”

Najpierw coś do posłuchania. Może Madonna? Sorry?
Odpoczywając od trudnych tematów, dziś opiszę stan przygotowań do pierwszego głównego celu na przyszły sezon, czyli startu w rajdzie zimowym 360. Punkt wyjścia. Punkt zero. Punkt, od którego wszystko się zaczyna. Dla mnie takim momentem był powrót po długiej kontuzji kolana (warte zapamiętania: długość przerwy była wprost proporcjonalna do mojej głupoty). Pod koniec lipca wybraliśmy się z Bormanem i Mateuszem na dwudniową wycieczkę w góry (konkretnie Góry Stołowe i Orlickie po czeskiej stronie), po powrocie odwiedziłem lekarza i po kilku dniach wznowiłem treningi.
(na marginesie: jestem prawdziwym specjalistą w powrotach do formy po przerwie w treningu. Krótkiej, średniej, długiej - bez znaczenia. Po prostu jestem w tym dobry – czyżbym znalazł swoją niszę? Może dlatego, że sam powrót zawsze jest łatwiejszy niż utrzymanie wypracowanej kondycji? Ale i na to znalazłem sposób! A przynajmniej na to wygląda.)
Minęły 4 miesiące REGULARNYCH, cholernie REGULARNYCH (systematyczność to klucz!) treningów i właśnie zbieram owoce tej wytężonej pracy (codzienny trening to codzienne nakładanie butów na nogi, bieg mniej lub bardziej przyjemny, to tak samo jak z posiłkami. Są rutyną – jedne mniej, drugie bardziej smaczne. Ale czasem trafi się deser… i dokładnie tak samo jest z treningiem! Czasem jest Ci nie dobrze, mdli Cię, a czasem trafi Ci się prawdziwa uczta dla podniebienia. Miałem tak dziś, nogi same mnie niosły!). Skupiłem się na samym bieganiu, a gdy dowiedziałem się o rajdzie w Zamościu, stopniowo zacząłem dokładać do treningów również i jazdę na rowerze (początki bywają druzgocące: ostatnio nie mogłem wyprzedzić gościa na… damce. Ja, sportowiec, wystrojony jak choinka na Boże Narodzenie i koleś na damce, wyprostowane plecy - jak można jeździć na rowerze z wyprostowanymi plecami?! Przecież to jakaś rekreacja, tfu!
. No i nie dałem mu rady, fuck!). A gdy tylko spadnie pierwszy śnieg wreszcie zacznę biegać na nartach!
Zasadniczo martwi mnie tylko właśnie to bieganie na nartach (jeśli idzie o moją formę). Śniegu nie ma, mrozów też nie. W ogóle nie ma zimy! Obawiam się najgorszego scenariusza, do końca stycznia zima będzie łagodna, a prawdziwe piekło zacznie się… oczywiście na kilka dni przed startem. Fizycznie czuję się dobrze, ale techniki do biegania na nartach, to ja nie mam za grosz. I to jest najgorsze. Na rowerze czuję się kiepsko – ale, po pierwsze, mam jeszcze dwa miesiące na trening, a po drugie lada dzień spodziewam się przesyłki z trenażerem – i już nie będę miał wymówek, żeby wymigać się od jazdy (ostatnio padła mi lampka w lesie, byłem jednak na tyle zdeterminowany, że wróciłem grzecznie na miejskie chodniki i pokręciłem te 30km).
Sprzętowo jestem już prawie przygotowany, w jednym z kolejnych wpisów będę zastanawiał się nad tym, co zabrać na tak długą trasę w tak kiepskich warunkach jakich spodziewam się w lutym. No i kwestię sprzętową mogę sobie po części wpisać jako obowiązek zawodowy – lubię sprzedawać coś, na czym się znam. Albo jeszcze lepiej, co przetestowałem w naprawdę ciężkich warunkach.
Osobną kategorię zmartwień stanowi zespół, który rodzi się w bólach. Bólach przez duże B. Generalnie zamysł jest taki, żeby oprzeć skład przede wszystkim o mieszkańców Poznania – mieszkamy w jednym mieście, możemy razem trenować, same plusy! Póki co nie będę pisał nic więcej, przynajmniej do momentu, aż nie wyjaśni się kilka spraw. Jak widać, przygotowania w toku. Samo pojawienie się na starcie tych zawodów będzie osiągnięciem, a ich ukończeniem? (na marginesie: na razie obok nas zgłoszony jest tylko jeden zespół, to Duńczycy, organizatorzy spodziewają się jeszcze Czechów, Łotyszy. Będzie międzynarodowo!) A tym, to będziemy się martwić za 2 miesiące!
W następnym odcinku: o tym jak nie zwariować próbując pogodzić ambitny trening amatora z NORMALNYM życiem. Do przeczytania!
Zdjęcie: Archiwum Harpagana. Swoją drogą, to jest prawdziwy punkt wyjścia, miałem wtedy 19 lat (2004), długie włosy, dziadowską latarkę ręczną w kieszeni i głowę pełną marzeń. A teraz? Została mi tylko duża głowa
.
Popularity: 78% [?]
30 listopad | S01E02: „5:00 to jeszcze noc czy już rano?”

Przygrywa Red Hot Chilli Peppers - “Zephyr Song”.
„Lepiej przyjmij z góry, że po drodze spotkają cię trudności. Że wiele razy okaże się, że wszystko i wszyscy są przeciw tobie. Że nie będziesz mieć siły. Że będziesz mieć ochotę się wycofać. Że będziesz mieć ochotę machnąć na to wszystko ręką. Że zaczną ci wpadać do głowy inne pomysły na to czym by się zająć. Że raz po raz będziesz kuszony, często ponad swoje siły.”
Po co? To pytanie prędzej czy później musi paść. Nawet jeśli Ty sam skrzętnie unikasz jego postawienia, to ktoś zrobi to za Ciebie. Może Twoja dziewczyna/żona (chłopak/mąż) w końcu nie wytrzyma i w któryś piękny (zima stulecia, mróz i zawieja za oknem) zimowy poranek (5:00 to jeszcze noc czy już rano?) zada to fundamentalne pytanie: po co to robisz?! No i nagle zapada niezręczna cisza, bo co tu niby powiedzieć?
(Murakami miał rację. “Jeśli nie zrozumiesz bez tłumaczenia, to znaczy, że nie zrozumiesz choćbym ci nie wiem ile tłumaczył.”)
Znów wracam do pytania o sens, bo znów wykombinowałem sobie duże wyzwanie, któremu chcę sprostać. Idzie zima, o 16 jest już ciemno, bez czapki i szalika ani rusz. A będzie przecież jeszcze gorzej. Przyjdzie mróz i spadnie śnieg. Drogi pełne będą białego paskudztwa (uwielbiam śnieg, ale w pewnym momencie traci on cały swój urok i staje się zwyczajnie paskudny), a wiecie co ja będę robił w tym czasie? Nie, nie będę oglądał telewizji w ciepłym mieszkaniu (w asyście gorącej herbaty/zimnego piwa, kto co woli). Będę zapieprzał w śniegu na rowerze, na nartach i na własnych nogach (i nawet na łyżwy z dziewczyną nie pójdę bez Garmina na ręce – tak, to już zboczenie, muszę się leczyć! Ale jakie fajne kółka na tracku później wychodzą! Coś pięknego!).
A po co? Żeby przygotować się do ukończenia Zimowego Rajdu 360 na długiej trasie. 400 kilometrów przez białe piekło (mam nadzieję. Perwersyjną nadzieję na to białe piekło). Pytanie o sens tego przedsięwzięcia zostawię bez odpowiedzi. Niech wystarczy: bo lubię, co tłumaczy wszystko i nic. To zamyka całą dyskusję.
Mam w głowie kilka fajnych wspomnień z już ukończonych rajdów, ale pamiętam też słowa znajomych którzy wspominali swoje przygody. Pewne słowa na dobre zagościły w mojej głowie. Zdążyłem już o nich zapomnieć, ale wizja tych 400 kilometrów na nowo je odświeżyła. Pamiętam relację Kaziga z któregoś Bergsona (Bergson Winter Challenge, na długiej trasie, również jakieś 400 kilometrów do pokonania zimą), a nawet nie relację, co kilka słów. Opisał swój start jako bezmyślne parcie przed siebie przez to białe piekło (te pierwsze Bergsony były naprawdę zimowe!). Było coś tam jeszcze o zwierzęcym uporze. I jakkolwiek to wszystko nie brzmi zbyt zachęcająco (ani trochę!!), to chcę przeżyć to samo co on.
Mam doświadczenia w zawodach zimowych – to specyficzne rajdowanie. Mam też doświadczenia ze startów na długiej trasie – ukończone Adventure Trophy w 2010 roku (76 godzin nonstop – po 70 godzinach przyszedł taki moment, w którym pomyślałem, że w gruncie rzeczy mógłbym tak jeszcze trochę się pobawić, i to jeszcze nie miało żadnych sprecyzowanych granic, przestałem liczyć minuty, godziny – przestawiłem się na dni. A może po prostu zapomniałem, że robiłem coś innego w życiu niż biegałem/jeździłem na rolkach/na rowerze i pływałem na kajaku?). Potrafię więc sobie wyobrazić jak wyniszczający będzie równie długi rajd, tyle, że pokonywany zimą, jak potwornie obciążające dla organizmu będą te 3 czy 4 doby, które zajmie nam pokonanie całej trasy. I chyba właśnie skala trudności pociąga mnie najbardziej w tym wszystkim…
Skład mamy już prawie zmontowany. Oczekiwania dokładnie określone (ukończyć!). Teraz pozostaje się tylko (TYLKO) przygotować i przetrwać to piekło (dodałbym „białe piekło”, ale i tak już nadużywam słowa piekło – tak, cholernie pociąga mnie ten rajd!). Mamy około 2 i pół miesiąca czasu. To wystarczający czas, żeby wystarczająco się przygotować. Nie startuję od zera, więc głównym problemem jaki widzę to skompletowanie składu, nauka jazdy na biegówkach oraz odpowiednie przygotowanie sprzętowe (co akurat jest mi na rękę – jako właściciel sklepu dla biegaczy chcę testować sprzęt biegowy na wszystkie sposoby).
Tekst rozpocząłem cytatem pochodzącym z bloga „Energia Wewnętrzna”. Często daję na blogu wyraz swoich wątpliwości. Jasne, że mógłbym zachować to dla siebie, mniej marudzić i kreować się na niezniszczalną maszynę, ale… przecież KAŻDY ma wątpliwości! KAŻDY ma momenty, w których chce wszystko rzucić w cholerę. Nie wierzę, że nie. Po prostu nie wierzę. Oczywiście, że na co dzień nie zawracam sobie tym głowy. Nie mam problemów z motywacją, gdy przychodzi pora treningu po prostu nakładam buty i wychodzę zrobić swoje. Natomiast dobrze wiem, że realizując pewien plan, który z czasem staje się coraz bardziej wymagający i intensywny w człowieku budzą się wątpliwości.
Najczęściej w momencie kiedy uświadamia sobie, że działa jak maszyna. Wszystko ma dokładnie zaplanowane i trening, który do tej pory sprawiał frajdę, nagle staje się obowiązkiem. I właśnie wtedy pojawienie się wątpliwości jest nieuniknione. Nikt z nas nie jest robotem. Gdy plan jest zbyt napięty pojawia się problem. Ale jak pogodzić życie zawodowe, prywatne i wymagający trening pod kurewsko wymagające zawody? Nie stając się jednocześnie jakąś bezduszną maszyną nastawioną na 100% produktywności? W końcu doba nie wydłuży się w cudowny sposób…
Koniec… myśl dokończę w jednym z kolejnych odcinków!
Popularity: 77% [?]
Starsze wpisy »



O mnie:
