14 grudzień | S01E04: Przed Nocną Masakrą

Na 3 dni przed próbą generalną, testem tego, co udało mi się wytrenować przez ostatnie 4 miesiące, odkryłem jak BARDZO jestem uzależniony od treningu. Przez ostatnich kilka dni byłem niespokojny, rozdrażniony, z trudem panowałem nad emocjami. Dziś odkryłem dlaczego. Wróciłem właśnie ze żwawego 13 kilometrowego wybiegania w przyjemnym deszczu (bieganie w deszczu dzieli się na przyjemne i nieprzyjemne – naprawdę tak jest!) i…
…i poczułem spokój! Wszystko wróciło do normy. Jak ręką odjął przeszła irytacja, złość i poddenerwowanie. Zeszły tydzień miał być odpoczynkowy. Po 3 tygodniach zwiększania obciążenia wreszcie miałem odpuścić, nieco zluzować, żeby złapać świeżość przed sobotnim startem. Luzowanie siłą rzeczy wiąże się z tym, że muszę obciąć kilometraż – trenuję więc mniej. I tu pojawia się problem. Organizm przyzwyczajony do solidnej dawki wysiłku, po odstawieniu wysiłkowego narkotyku zaczyna się buntować.
Zdaję sobie sprawę jak mocno jestem uzależniony od endorfin, od pokonywania kilometrów (i jak klasyczny ćpun potrzebuję do tego coraz większych dawek) siłą własnych mięśni, ale co rusz zaskakuje mnie fakt jak BARDZO wysiłek fizyczny odciska piętno na moim samopoczuciu. To niebywałe. Z jednej strony można się cieszyć, ale z drugiej? Przesada nigdy nie jest zdrowa – i myślę, że tak również jest i w tym przypadku. Poszukiwania równowagi „in progress”.
Trudno mi sobie wyobrazić życie zupełnie pozbawione wysiłku fizycznego, musiałbym w szybki czasie zupełnie zgnuśnieć. Endorfinowe uzależnienie daje mi mnóstwo sił – gdybym tylko jeszcze znalazł ten złoty środek. Ech! No nic, zostawmy ten temat. Przejdźmy do dania głównego, czyli startu w Nocnej Masakrze. Wybieram się na trasę mieszaną, 50km biegiem + 100km rowerem. Początkowo chciałem pościgać się na samej 50tce. Jednak gdy podjąłem decyzję o starcie w zimowym 360 – nie miałem wątpliwości, że trasa mieszana będzie tym, czego mi teraz potrzeba.
Czuję lekką spinę. Dawno nie startowałem, wypadłem z rytmu. To raz, a dwa – jestem ZNACZNIE lepiej przygotowany niż przed sierpniową Izerską Wielką Wyrypą czy Biegiem 7 Dolin – tamte starty traktowałem lekko, na zasadzie, będzie co będzie. Tutaj wiem, że stać mnie na dobry wynik i nie będę miał żadnej wymówki jeśli coś pójdzie nie tak.
No i pojawia się ta cholerna spina. Im bliżej startu tym odczuwam większy niepokój (…rwa mać! Czytam sobie to, co napisałem i wychodzi z tego, że trening i starty sprawiają, że staje się jakimś psycholem – niedobrze, niedobrze!). Znacie to nerwowe oczekiwanie startu, to uczucie, gdy ciężko jest się na czymś skupić bo myśli powolutku acz sukcesywnie cały czas zaczynają krążyć wokół zawodów? Mam to samo!
Po dzisiejszym treningu jestem dobrej myśli. Kilka ostatnich treningów było wymuszonych, nie biegało mi się dobrze, dziś było tak lekko i przyjemnie. Odpoczynek zrobił swoje! Jutro ostatnia rundka na rowerze, a w sobotę w południe start! Trzymajcie kciuki!
W następnym odcinku o tym jak mi poszło na zawodach, po co mi trenażer i o zapisach na UTMB…
Popularity: 37% [?]
6 grudzień | So1Eo3: “Punkt wyjścia”

Najpierw coś do posłuchania. Może Madonna? Sorry?
Odpoczywając od trudnych tematów, dziś opiszę stan przygotowań do pierwszego głównego celu na przyszły sezon, czyli startu w rajdzie zimowym 360. Punkt wyjścia. Punkt zero. Punkt, od którego wszystko się zaczyna. Dla mnie takim momentem był powrót po długiej kontuzji kolana (warte zapamiętania: długość przerwy była wprost proporcjonalna do mojej głupoty). Pod koniec lipca wybraliśmy się z Bormanem i Mateuszem na dwudniową wycieczkę w góry (konkretnie Góry Stołowe i Orlickie po czeskiej stronie), po powrocie odwiedziłem lekarza i po kilku dniach wznowiłem treningi.
(na marginesie: jestem prawdziwym specjalistą w powrotach do formy po przerwie w treningu. Krótkiej, średniej, długiej - bez znaczenia. Po prostu jestem w tym dobry – czyżbym znalazł swoją niszę? Może dlatego, że sam powrót zawsze jest łatwiejszy niż utrzymanie wypracowanej kondycji? Ale i na to znalazłem sposób! A przynajmniej na to wygląda.)
Minęły 4 miesiące REGULARNYCH, cholernie REGULARNYCH (systematyczność to klucz!) treningów i właśnie zbieram owoce tej wytężonej pracy (codzienny trening to codzienne nakładanie butów na nogi, bieg mniej lub bardziej przyjemny, to tak samo jak z posiłkami. Są rutyną – jedne mniej, drugie bardziej smaczne. Ale czasem trafi się deser… i dokładnie tak samo jest z treningiem! Czasem jest Ci nie dobrze, mdli Cię, a czasem trafi Ci się prawdziwa uczta dla podniebienia. Miałem tak dziś, nogi same mnie niosły!). Skupiłem się na samym bieganiu, a gdy dowiedziałem się o rajdzie w Zamościu, stopniowo zacząłem dokładać do treningów również i jazdę na rowerze (początki bywają druzgocące: ostatnio nie mogłem wyprzedzić gościa na… damce. Ja, sportowiec, wystrojony jak choinka na Boże Narodzenie i koleś na damce, wyprostowane plecy - jak można jeździć na rowerze z wyprostowanymi plecami?! Przecież to jakaś rekreacja, tfu!
. No i nie dałem mu rady, fuck!). A gdy tylko spadnie pierwszy śnieg wreszcie zacznę biegać na nartach!
Zasadniczo martwi mnie tylko właśnie to bieganie na nartach (jeśli idzie o moją formę). Śniegu nie ma, mrozów też nie. W ogóle nie ma zimy! Obawiam się najgorszego scenariusza, do końca stycznia zima będzie łagodna, a prawdziwe piekło zacznie się… oczywiście na kilka dni przed startem. Fizycznie czuję się dobrze, ale techniki do biegania na nartach, to ja nie mam za grosz. I to jest najgorsze. Na rowerze czuję się kiepsko – ale, po pierwsze, mam jeszcze dwa miesiące na trening, a po drugie lada dzień spodziewam się przesyłki z trenażerem – i już nie będę miał wymówek, żeby wymigać się od jazdy (ostatnio padła mi lampka w lesie, byłem jednak na tyle zdeterminowany, że wróciłem grzecznie na miejskie chodniki i pokręciłem te 30km).
Sprzętowo jestem już prawie przygotowany, w jednym z kolejnych wpisów będę zastanawiał się nad tym, co zabrać na tak długą trasę w tak kiepskich warunkach jakich spodziewam się w lutym. No i kwestię sprzętową mogę sobie po części wpisać jako obowiązek zawodowy – lubię sprzedawać coś, na czym się znam. Albo jeszcze lepiej, co przetestowałem w naprawdę ciężkich warunkach.
Osobną kategorię zmartwień stanowi zespół, który rodzi się w bólach. Bólach przez duże B. Generalnie zamysł jest taki, żeby oprzeć skład przede wszystkim o mieszkańców Poznania – mieszkamy w jednym mieście, możemy razem trenować, same plusy! Póki co nie będę pisał nic więcej, przynajmniej do momentu, aż nie wyjaśni się kilka spraw. Jak widać, przygotowania w toku. Samo pojawienie się na starcie tych zawodów będzie osiągnięciem, a ich ukończeniem? (na marginesie: na razie obok nas zgłoszony jest tylko jeden zespół, to Duńczycy, organizatorzy spodziewają się jeszcze Czechów, Łotyszy. Będzie międzynarodowo!) A tym, to będziemy się martwić za 2 miesiące!
W następnym odcinku: o tym jak nie zwariować próbując pogodzić ambitny trening amatora z NORMALNYM życiem. Do przeczytania!
Zdjęcie: Archiwum Harpagana. Swoją drogą, to jest prawdziwy punkt wyjścia, miałem wtedy 19 lat (2004), długie włosy, dziadowską latarkę ręczną w kieszeni i głowę pełną marzeń. A teraz? Została mi tylko duża głowa
.
Popularity: 32% [?]
30 listopad | S01E02: „5:00 to jeszcze noc czy już rano?”

Przygrywa Red Hot Chilli Peppers - “Zephyr Song”.
„Lepiej przyjmij z góry, że po drodze spotkają cię trudności. Że wiele razy okaże się, że wszystko i wszyscy są przeciw tobie. Że nie będziesz mieć siły. Że będziesz mieć ochotę się wycofać. Że będziesz mieć ochotę machnąć na to wszystko ręką. Że zaczną ci wpadać do głowy inne pomysły na to czym by się zająć. Że raz po raz będziesz kuszony, często ponad swoje siły.”
Po co? To pytanie prędzej czy później musi paść. Nawet jeśli Ty sam skrzętnie unikasz jego postawienia, to ktoś zrobi to za Ciebie. Może Twoja dziewczyna/żona (chłopak/mąż) w końcu nie wytrzyma i w któryś piękny (zima stulecia, mróz i zawieja za oknem) zimowy poranek (5:00 to jeszcze noc czy już rano?) zada to fundamentalne pytanie: po co to robisz?! No i nagle zapada niezręczna cisza, bo co tu niby powiedzieć?
(Murakami miał rację. “Jeśli nie zrozumiesz bez tłumaczenia, to znaczy, że nie zrozumiesz choćbym ci nie wiem ile tłumaczył.”)
Znów wracam do pytania o sens, bo znów wykombinowałem sobie duże wyzwanie, któremu chcę sprostać. Idzie zima, o 16 jest już ciemno, bez czapki i szalika ani rusz. A będzie przecież jeszcze gorzej. Przyjdzie mróz i spadnie śnieg. Drogi pełne będą białego paskudztwa (uwielbiam śnieg, ale w pewnym momencie traci on cały swój urok i staje się zwyczajnie paskudny), a wiecie co ja będę robił w tym czasie? Nie, nie będę oglądał telewizji w ciepłym mieszkaniu (w asyście gorącej herbaty/zimnego piwa, kto co woli). Będę zapieprzał w śniegu na rowerze, na nartach i na własnych nogach (i nawet na łyżwy z dziewczyną nie pójdę bez Garmina na ręce – tak, to już zboczenie, muszę się leczyć! Ale jakie fajne kółka na tracku później wychodzą! Coś pięknego!).
A po co? Żeby przygotować się do ukończenia Zimowego Rajdu 360 na długiej trasie. 400 kilometrów przez białe piekło (mam nadzieję. Perwersyjną nadzieję na to białe piekło). Pytanie o sens tego przedsięwzięcia zostawię bez odpowiedzi. Niech wystarczy: bo lubię, co tłumaczy wszystko i nic. To zamyka całą dyskusję.
Mam w głowie kilka fajnych wspomnień z już ukończonych rajdów, ale pamiętam też słowa znajomych którzy wspominali swoje przygody. Pewne słowa na dobre zagościły w mojej głowie. Zdążyłem już o nich zapomnieć, ale wizja tych 400 kilometrów na nowo je odświeżyła. Pamiętam relację Kaziga z któregoś Bergsona (Bergson Winter Challenge, na długiej trasie, również jakieś 400 kilometrów do pokonania zimą), a nawet nie relację, co kilka słów. Opisał swój start jako bezmyślne parcie przed siebie przez to białe piekło (te pierwsze Bergsony były naprawdę zimowe!). Było coś tam jeszcze o zwierzęcym uporze. I jakkolwiek to wszystko nie brzmi zbyt zachęcająco (ani trochę!!), to chcę przeżyć to samo co on.
Mam doświadczenia w zawodach zimowych – to specyficzne rajdowanie. Mam też doświadczenia ze startów na długiej trasie – ukończone Adventure Trophy w 2010 roku (76 godzin nonstop – po 70 godzinach przyszedł taki moment, w którym pomyślałem, że w gruncie rzeczy mógłbym tak jeszcze trochę się pobawić, i to jeszcze nie miało żadnych sprecyzowanych granic, przestałem liczyć minuty, godziny – przestawiłem się na dni. A może po prostu zapomniałem, że robiłem coś innego w życiu niż biegałem/jeździłem na rolkach/na rowerze i pływałem na kajaku?). Potrafię więc sobie wyobrazić jak wyniszczający będzie równie długi rajd, tyle, że pokonywany zimą, jak potwornie obciążające dla organizmu będą te 3 czy 4 doby, które zajmie nam pokonanie całej trasy. I chyba właśnie skala trudności pociąga mnie najbardziej w tym wszystkim…
Skład mamy już prawie zmontowany. Oczekiwania dokładnie określone (ukończyć!). Teraz pozostaje się tylko (TYLKO) przygotować i przetrwać to piekło (dodałbym „białe piekło”, ale i tak już nadużywam słowa piekło – tak, cholernie pociąga mnie ten rajd!). Mamy około 2 i pół miesiąca czasu. To wystarczający czas, żeby wystarczająco się przygotować. Nie startuję od zera, więc głównym problemem jaki widzę to skompletowanie składu, nauka jazdy na biegówkach oraz odpowiednie przygotowanie sprzętowe (co akurat jest mi na rękę – jako właściciel sklepu dla biegaczy chcę testować sprzęt biegowy na wszystkie sposoby).
Tekst rozpocząłem cytatem pochodzącym z bloga „Energia Wewnętrzna”. Często daję na blogu wyraz swoich wątpliwości. Jasne, że mógłbym zachować to dla siebie, mniej marudzić i kreować się na niezniszczalną maszynę, ale… przecież KAŻDY ma wątpliwości! KAŻDY ma momenty, w których chce wszystko rzucić w cholerę. Nie wierzę, że nie. Po prostu nie wierzę. Oczywiście, że na co dzień nie zawracam sobie tym głowy. Nie mam problemów z motywacją, gdy przychodzi pora treningu po prostu nakładam buty i wychodzę zrobić swoje. Natomiast dobrze wiem, że realizując pewien plan, który z czasem staje się coraz bardziej wymagający i intensywny w człowieku budzą się wątpliwości.
Najczęściej w momencie kiedy uświadamia sobie, że działa jak maszyna. Wszystko ma dokładnie zaplanowane i trening, który do tej pory sprawiał frajdę, nagle staje się obowiązkiem. I właśnie wtedy pojawienie się wątpliwości jest nieuniknione. Nikt z nas nie jest robotem. Gdy plan jest zbyt napięty pojawia się problem. Ale jak pogodzić życie zawodowe, prywatne i wymagający trening pod kurewsko wymagające zawody? Nie stając się jednocześnie jakąś bezduszną maszyną nastawioną na 100% produktywności? W końcu doba nie wydłuży się w cudowny sposób…
Koniec… myśl dokończę w jednym z kolejnych odcinków!
Popularity: 34% [?]
26 listopad | S01E01: „Wprowadzenie”

Niech gra muzyka: James Irwin – Halfway to Mexico.
Pierwszego bloga zacząłem pisać na początku 2006 roku, chyba w lutym. Na pewno w zimie. Niedługo po jednym z moich największych sukcesów rajdowych – wygraniu Zimowego Maratonu Pieszego dookoła wyspy Wolin. (Refleksja: patrząc na to wydarzenie z perspektywy czasu, wygrana wcale nie była najważniejsza, prawdę powiedziawszy już o niej dawno zapomniałem – i co ciekawe, przypominam sobie o niej tylko w kontekście wpisów na PK4. Dużo ważniejsze było natomiast to, że poznałem tam Piotrka, z którym przyjaźnie się do dziś).
Można więc powiedzieć, że jestem blogowym weteranem, ale od jakiegoś roku, nie jestem w stanie pisać tak często, jak bym chciał. No i co tu dużo mówić, nie jestem w stanie pisać tak ciekawie, jak wcześniej – choć mimo to wiem, że sporo osób czeka na nowe wpisy. Ba! Ja sam czekam na nowe wpisy – stąd pomysł na nową formułę, która mam nadzieje, że wreszcie sprawdzi się i pozwoli mi wrócić do regularnego blogowania. Jakiś czas temu wpadłem na pomysł pisania bloga jako… serialu!
A właściwie to nie ja wpadłem na ten pomysł, a on wpadł na mnie. Trafiłem na ten koncept na blogu Krzyśka Sobolewskiego – który wymyślił tę serialową formułę. Pomyślałem, że to będzie wręcz idealny koncept dla mnie. Przecież trening czy starty w zawodach idealnie wpisują się charakter serialu – przygotowania, treningi, zawody kontrolne i wreszcie ten wyczekiwany start sezonu! To jak materiał na kolejne odcinki jak znalazł! A że mam ciekawe plany na kolejny sezon, to jestem pewien, że nie będziecie się nudzić! (Tych oczywiście dziś nie zdradzę, opowiem o nim w kolejnych odcinkach, możecie jednak być pewni, że wybrałem takie starty, do których warto się przygotowywać!).
Już na wiosnę tego roku chciałem opisać swoje przygotowania do Ultramaratonu 7 Dolin, a blog miał się stać moim sportowym pamiętnikiem dokumentującym moją drogę do świetnego wyniku w Krynicy (na wiosnę plan był taki, że robię w Krynicy świetny wynik, wyszło jak wyszło – jestem zadowolony, ale niedosyt pozostał…). Wtedy spękałem, miałem problemy z kolanem, trochę osobistych problemów, no i odpuściłem. Teraz nikt mnie nie powstrzyma! Taki pewny jestem, a co!
Na początku chciałem ustalić sztywną datę publikacji nowych wpisów (podobnie jak uczynił to Krzysiek, spodziewajcie się jego nowych tekstów w każdy piątek o 21), ale po namyśle stwierdziłem, że to byłoby zbyt krępujące – nakładałoby na mnie zbyt dużą presję, a tego chciałbym uniknąć. Może z czasem uda mi się ustalić stałą porę, ale tymczasem wpisy pojawiać się będą nieregularnie – ale bez tak długich przestojów jak do tej pory. Daję słowo! (Już mam gotowe 2 kolejne teksty, a najchętniej napisałbym coś jeszcze). Zaczynamy więc. Dzisiejszy wpis jest wprowadzeniem do nowej formuły. Jak Wam się podoba ten pomysł?
Co w kolejnym odcinku? Czy 5:00 to jeszcze noc czy już rano? I o tym co będę robił w lutym pod wschodnią granicą i dlaczego będzie tam tak baardzo zimno?!
Popularity: 34% [?]
6 listopad | Biegowa hipochondria

Essay - Morning Mountain. Chillout na niedzielny poranek. Miał być tekst o tym jak mnie zaskoczył własny organizm podczas ostatniego wyjazdu do Czeskiej Szwajcarii, krótka relacja z tego wypadu i trochę ładnych zdjęć. Będzie jedno zdjęcie i dzień z życia biegowego świra. Smacznego!
Budzę się rano zupełnie niewyraźny. „Coś się słabo czuję”, myślę sobie. Nie, to nie przeziębienie, a na pewno nie żadna tam grypa. Musiało mnie gdzieś przewiać podczas wczorajszego treningu. Za dnia jest jeszcze całkiem ciepło, ale wieczorami? Wieczorami czuć już tę prawdziwą jesień – mnie to się podoba, lubię biegać, gdy jest chłodno. Ale wtedy buff na głowie działa jak zimny kompres, a że robiłem szybki trening to coś mnie musiało przewiać..
Włączam komputer i nastawiam wodę na kawę. „Hmm… iść dziś biegać? Mam w planach krótkie wybieganie, rozgrzewka przed sobotnim długim treningiem. A może odpuścić?”. Zaczynam prowadzić ze sobą wewnętrzny dialog, który nie będzie miał końca aż do samego wieczora. Do momentu, w którym będę musiał podjąć ostateczną decyzję, iść czy nie iść na ten cholerny trening?!
Głupie 8 kilometrów, które w gruncie rzeczy nie ma absolutnie żadnego, nawet najmniejszego znaczenia. Bo przecież jeśli odpuszczę, dam sobie spokój w tym jednym dniu, to świat się nie zawali, a moja forma nie wyparuje. Próbuję sobie zracjonalizować całą sytuację: słuchaj Grześ, mówię sam do siebie. Czujesz się ostatnio przemęczony, tak? Masz dużo pracy, potrzebujesz odpoczynku, tak? Zacząłeś więcej trenować, bolą Cię nogi, tak? Przyda Ci się ten jeden dzień wolny, tak czy nie?!
Tak, odpowiadam. Po chwili dodając: ale… No jakie kurwa ale?! Sam doskonale zdaję sobie sprawę z własnego szaleństwa, toteż nie przebieram w słowach próbując przemówić sobie do rozsądku. Słuchaj, wyjdzie Ci to na zdrowie, odpoczniesz, nabierzesz sił. Zobaczysz jak lekko będzie Ci się biegało, podładuj akumulatory. Dobra, masz rację, odpuszczam!
Hmm.. a może wcale nie czuję się tak słabo? Może mi się tylko tak wydaję? Ubieram pasek od pulsometru i sprawdzam puls. No, nieco wyższy, ale przecież może to przez to, że biegam od 3 dni pod rząd? Jakbym się lepiej poczuł. W końcu jak przebiegnę te 8 kilometrów to nic się nie stanie, to krótka przebieżka, w nocy się wyśpię i jutro będę jak nowy!
Wychodzę wysłać paczki na pocztę, oczywiście bacznie obserwując reakcje organizmu. Po kilku latach regularnych (mniej lub bardziej) treningów swoją dyspozycję można określić samopoczuciem po szybkim podniesieniu się z kanapy czy też wejściem na 3-4 schody. Poważnie! To niuanse, ale jeśli wiesz na co zwracać uwagę, to łatwo możesz określić czy w danym dniu jesteś w stanie wykonać mocniejszy trening, czy lepiej sobie odpuścić. Chyba, że trafisz na dzień taki jak ten, gdy jesteś w kropce…
Co za dzień, jak ciepło! A może to mi gorąco bo mam gorączkę? Moich rozważań nie ma końca. Nie no, czuję się słabo. Tak? Słabo przez duże S. A jeśli czuję się słabo to nie mogę iść na trening.. I nie, wcale nie chodzi o to, że jak nie przebiegnę tych głupich 8 kilometrów to świat się zawali, nie, ale o to, że mam to na dziś zaplanowane. ZAPLANOWANE! Nie znoszę zmieniać planów – jest plan i już!
I to jest problem, bo przecież doskonale zdaję sobie sprawę, że czasem odpoczynek jest ważniejszy od treningu. Zachowuję się zupełnie irracjonalnie – mimo wszystko chcę iść biegać ryzykując, że tym razem faktycznie mnie przewieje i się rozchoruję. Na szali kładę kilka miesięcy regularnych treningów, podczas których wykazałem się wyjątkową jak na mnie regularnością, a wszystko to po co? Po cholerne 8 kilometrów!!
Zbliża się wieczór, muszę podjąć ostateczną decyzję. Sam już nie wiem co robić, nie potrafię podjąć racjonalnej decyzji, gubi mnie moje uzależnienie, potrzeba realizacji planu i lekkomyślność. W końcu… i tu zakończę swoją historię pozostawiając Was w niepewności. Czy wyszedłem na trening? Czy przebiegłem te 8 kilometrów? Czy pochorowałem się? A może tylko wydawało mi się, że się słabo czuję i cały ten dzień to były majaki hipochondryka? Jak myślicie?
PS. Łapka do góry kto był w podobnej sytuacji, czy tylko ja jestem takim świrem?
Popularity: 46% [?]
Starsze wpisy »


O mnie:
